Aktualności / Wspólnotowość i codzienność
Wspólnotowość i codziennośćRozmowa z Karoliną Tunajek i Marcinem Garbackim, architektami i założycielami pracowni Projekt Praga. Zaprojektowany przez nich Dom Akademicki nr 7 Uniwersytetu Warszawskiego zdobył wyróżnienie w XXIX konkursie Polski Cement w Architekturze.
– Jakie są dla Was, architektów, najbardziej podstawowe skojarzenia ze słowem „akademik”?
Karolina Tunajek: – Jeżeli patrzymy na znaczenie, jakie ma akademik dla tych, którzy w nim mieszkają, jest to jak najbardziej dom, i to taki, który ma się w bardzo ważnych latach życia. Wtedy formują się przyjaźnie, zdobywamy wiedzę i rozwijamy pasje. Okres studiów jest ważny w skali całego życia, co zresztą widać, gdy rozmawiamy z ludźmi podczas oprowadzania po akademiku. Każdy, niezależnie od wieku, bardzo żywo wspomina ten okres i plastycznie, z detalami, pamięta swoje doświadczenia i ich tło. Pamięta również budynek, jakie miał detale, co było fajne, co nie działało. W tym sensie aspekt domowości jest bardzo istotny. Jednocześnie jest to coś więcej niż dom, ponieważ mamy tu aspekt wspólnotowy. Ta, w cudzysłowie, rodzina, która zamieszkuje akademik, jest duża. Społeczność ma większe znaczenie niż później, gdy mieszka się na przykład w budynku wielorodzinnym, gdzie każdy prowadzi własne życie. Znamy sąsiadów mniej lub bardziej, ale uśredniając, waga społeczności jest mniejsza. Dlatego w sensie relacji, jeżeli komuś zdarzy się mieszkać w akademiku, jest to dla niego ważny i charakterystyczny punkt. Projektując akademik, czuliśmy odpowiedzialność za to, jakie wspomnienia pozostaną z tego budynku.
Marcin Garbacki: – Pobyt w akademiku jest pierwszym okresem kształtowania samodzielności młodych ludzi, którzy przyjeżdżają na studia na uniwersytet. Zwróciłbym tu uwagę przede wszystkim na aspekt wspólnotowy.
KT: – Choć mogą być różne optyki. Jest pewien podział geograficzny, że polskie akademiki trochę z przyczyn ekonomicznych, trochę z musu i z powodu rygorów powierzchniowych, mają pokoje wieloosobowe. Podobnie jest w akademikach amerykańskich, gdzie bardziej z wyboru ludzie uczą się funkcjonować razem na niewielkiej przestrzeni, współpracują, koegzystują w codziennym życiu. Na drugim biegunie są na przykład akademiki skandynawskie, które są zbiorem mikrokawalerek, w pełni wyposażonych, jednoosobowych, komfortowych pokoi. W tych jednostkach części wspólne są dodatkiem, ale tak naprawdę całe podstawowe życie można spędzić bez nich, w pojedynkę.
– Budowa akademika została poprzedzona, co w Polsce jest rzadkością, poważnymi badaniami nad funkcjonalnością tego typu obiektów. Był też brany pod uwagę głos samych zainteresowanych, studentów. W jaki sposób ukształtowaliście architekturę budynku?

MG: – Najpierw przeanalizowaliśmy akademiki, które ma uniwersytet, i inne podobne przykłady. Z analiz wyciągnęliśmy wniosek, że wewnątrz budynku trzeba inaczej zorganizować przestrzeń. Przede wszystkim chcieliśmy zredukować strefę wewnętrznej komunikacji i anonimowość, która wynika z tego, że w niektórych akademikach są długie korytarze prowadzące do jednostek mieszkalnych. Do swojego pokoju idzie się przez bardzo długi korytarz. Uniwersytet w pewnym sensie oczekiwał takiego schematu, czyli budynku w formie obwarzanka, z dziedzińcem w środku i czterema skrzydłami dookoła. Tak wyszło ze studium chłonności, więc wydawało się, że jest to jedyna forma dla tej działki i w tych gabarytach. My staraliśmy się to odwrócić. Zrobiliśmy układ na planie krzyża, gdzie korytarze zostały zredukowane. W środku budynku jest atrium i stamtąd ludzie rozchodzą się do krótkich korytarzy. Każdy korytarz obsługuje sześć czy osiem jednostek mieszkalnych. W projekcie nazwaliśmy to jednostką sąsiedzką. W ramach jednego korytarzyka, który nie jest przechodni i nie prowadzi nigdzie dalej ani dookoła, mieszka kilkanaście osób, które są w stanie lepiej się poznać.
KT: – Wprowadziło to pewną gradację wspólnotowości i prywatności. Centralnym punktem akademika jest atrium. Przez otwarcie atrium można spojrzeć w górę i objąć wzrokiem skalę całego budynku. Jest to jedna przestrzeń dla całej społeczności, blisko czterystu osób. Na każdym piętrze mieszka mniej więcej sześćdziesiąt osób i ta „wspólnota jednego piętra” ma do dyspozycji dużą kuchnię, jadalnię i pokój do pracy. Jest to kolejny poziom integracji w ramach bardziej kameralnej skali. I potem na każdym piętrze jest podział na cztery jednostki sąsiedzkie w czterech skrzydłach budynku. W takiej jednostce mieszka kilkanaście osób. Badania wskazują, że w takiej grupie rośnie poziom identyfikacji z przestrzenią, odpowiedzialności za nią, zanika anonimowość i lepiej oswaja się przestrzeń. Przewagę naszego rozwiązania widzieliśmy nie tylko w tym, że idąc do swojego pokoju nie trzeba przemierzać kilkudziesięciu metrów korytarza. Równie ważne było to, że człowiek ma bardziej osobistą relację z przestrzenią, mimo że generalnie mówimy o dużej skali budynku.
– Zgodna opinia głosi, że nowy akademik w Warszawie jest czymś wyraźnie innym, jeśli porównujemy go do istniejących, tradycyjnych domów studenckich. Innym w jakich obszarach?
MG: – Może warto zacząć od tego, że nasz akademik jest pierwszym od około sześćdziesięciu lat domem studenckim, jaki zbudował Uniwersytet Warszawski. Takie obiekty po prostu nie powstawały, więc nie było okazji do porównań.
KT: – Temat wydaje się popularny dlatego, że buduje się dużo akademików czy quasi-akademików prywatnych. Patrząc od środka, w akademikach prywatnych jest mniejszy udział przestrzeni wspólnych. Oczywiście znamy przykłady budynków, w których powstała rzeczywiście atrakcyjna przestrzeń, ale generalnie tendencja jest taka, że przestrzenie wspólne są redukowane. W komercyjnych inwestycjach ta kalkulacja zawsze będzie miała duże znaczenie. My mieliśmy komfort, że program przestrzeni wspólnych był oczekiwany i wymagany. Z przyjemnością go rozwinęliśmy i wyciągnęliśmy z niego tyle, ile się dało.
MG: – Zamawiający bardzo dobrze przygotował się do konkursu w najwcześniejszym etapie. Na uniwersytecie została powołana specjalna jednostka, która wykonała swoją pracę i zamknęła ją w formie publikacji. Zrobili badania, analizę własnych potrzeb i na bazie tego zorganizowali konkurs architektoniczny, a nie przetarg. W przetargach kryterium jest najniższa cena i to trzeba piętnować. Był prowadzony głęboki research, jak wyglądają akademiki na świecie; co jest potrzebne, jakie mogą być problemy. Powstał z tego program funkcjonalny, a nawet książka.
– Zagadką jest zasadniczo słaby poziom budynków powstających dla uczelni wyższych. Wyższa uczelnia powinna być wzorem również w zakresie architektury i procedur. Trzeba docenić Uniwersytet Warszawski za mądrą politykę inwestycyjną ostatnich lat.

MG: – Jakość jest pochodną całego procesu. Gdy dobrze przygotuje się program, zatrudni profesjonalistów do oceny prac konkursowych i potem prowadzi się świadomie proces od strony zamawiającego, da to dobry efekt. My również obserwujemy, że wiele uczelni wyższych ma nowe budynki niedostatecznie przemyślane pod kątem potrzeb i jest to niezrozumiałe, że wydawanie publicznych pieniędzy jest takie… ktoś powie, że oszczędne, bo najmniej zapłacił za projekt, tylko potem zapłacił więcej za realizację i eksploatację. Budynki są nieprzygotowane do swoich funkcji, a straty są wielokrotnie większe i w pewnym sensie niepoliczalne. Oszczędności na pierwszym etapie są pozorne. Drogą dojścia do dobrych rezultatów jest zbadanie potrzeb, dobre ich nazwanie, przeanalizowanie w wielu aspektach i potem ogłoszenie konkursu.
– Wróćmy do tematów, które rozwiązywaliście podczas pracy nad projektem akademika.
KT: – Ważna była skala indywidualna, czyli zapewnienie komfortu na poziomie jednostki. Chodzi o stworzenie oprawy dla codziennych czynności, dla życia. Akademik jako publiczny obiekt uniwersytecki, przy pewnej szczodrości, jeśli chodzi o przestrzenie wspólne, miał w sumie bardzo rygorystyczne widełki powierzchniowe dla samych jednostek mieszkalnych. On trochę działa tak, że w samych pokojach jest niewiele miejsca. One są bardzo kompaktowe. Wszystkie przestrzenie wspólne są uzupełnieniem i rozszerzeniem podstawowej przestrzeni życiowej. Było dla nas wyzwaniem ergonomiczne i kompleksowe zaprojektowanie wszystkiego, razem z meblami, zabudowami, zaprojektowanie po prostu każdego typu jednostki. Musieliśmy jak najlepiej wykorzystać skromy metraż, żeby w jego ramach wszystko było wygodne i estetyczne.
MG: – Zależało nam na stworzeniu przestrzeni nie tylko odpowiadającej na funkcję, co oczywiście zawsze jest najważniejsze, ale również żeby było to przyjazne i dobre jakościowo jako przestrzeń, której się używa.Ten budynek będzie odporny na zniszczenie w czasie, dzięki czemu nie powinien się zdegradować. Naoglądaliśmy się akademików publicznych z lat 60. i 70, w jakim stanie są dzisiaj, jak wyglądają i jaką, w pewnym sensie, opresyjną przestrzeń proponują. Staraliśmy się, żeby nasz akademik był przyjaznym, estetycznym, dobrze umeblowanym i dobrze wykonanym tłem dla życia codziennego. Bardzo dużo czasu poświęciliśmy na kształtowanie detali architektonicznych, ale przede wszystkim skupiliśmy się nad takim zaplanowaniem przestrzeni, żeby chciało się w niej przebywać. To są rzeczy trochę oderwane od funkcji, takie miękkie, ale one są najważniejsze. Czytelność przestrzeni powoduje, że po wejściu do środka wie się, gdzie się jest. Ta tuba, atrium, sprawia, że łatwo się zorientować, jak cały budynek funkcjonuje.

KT: – Ważny był temat rozszerzonej dostępności. Chodzi o dostosowanie budynku do różnych potrzeb i kondycji użytkowników. Jeżeli ktoś niedowidzi albo szybko się dezorientuje, to w miarę możliwości przestrzeń powinna być intuicyjna, czytelna, i działać raczej uspokajająco. Nie generować dodatkowego stresu, tylko w przystępny sposób prowadzić użytkownika. Przechodząc do roli, jaką pełnią budynki akademickie, ważne jest, żeby te bardziej publiczne funkcje były dostępne nie tylko dla użytkowników budynku, czyli w przypadku akademika nie tylko dla mieszkańców. A przynajmniej trzeba je tak zaprojektować. Nawet jeżeli z przyczyn logistycznych nie jest możliwe, żeby każdy z zewnątrz mógł wejść i skorzystać z tych przestrzeni, to jednak jest to przygotowane, jest taka możliwość. Na przykład sala gimnastyczna ma bezpośrednie wejście z zewnątrz, oprócz wejścia z wewnętrznego holu. I ma przed sobą placyk sportowy z wyposażeniem, z którego każdy może skorzystać. Na zewnątrz są stojaki na rowery, jest pergola, pod którą można się schować, czy ławka, na której można usiąść. Są to w sumie dość podstawowe rzeczy, siedziska, rodzaj amfiteatru, który zrobiliśmy, wykorzystując zadaszenie rampy zjazdowej do garażu. Budynek jak gdyby osadza się w okolicznej przestrzeni swoją przestrzenią publiczną.
– Jesteście z pokolenia, które stara się wnieść do zawodu wartości przez dłuższy czas zepchnięte na pobocze. Zwracacie uwagę na sprawy niezwiązane bezpośrednio z architektoniczną formą, na samopoczucie odbiorców, odczuwanie przestrzeni, architekturę jako zjawisko, które ma wpływ na życie.
MG: – Myślę, że te sprawy nie są nowe. Jest to raczej powrót do czegoś, co można nazwać uważnością. Takie uważne projektowanie, w sensie architektonicznym, przestrzeni wspólnych, przestrzeni publicznych, już miało miejsce i w modernizmie przedwojennym, i później, w latach zaraz powojennych. Jeszcze w latach sześćdziesiątych można zaobserwować, że projektant namyślał się w różnych skalach nad projektem i była w tym pewna uważność. Potem to się troszkę zdegradowało, a w latach dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych wszystko działo się bardzo szybko. My wyrośliśmy w momencie, powiedzmy, takich niedoborów wczesnych lat dziewięćdziesiątych, gdzie przestrzeń publiczna była wszędzie zastawiona samochodami, mimo że wcześniej ktoś ją zaprojektował. Teraz obserwujemy powrót do tamtych idei; jest większa uważność i poczucie, że architektura służy ludziom. Nie jest tylko zapewnieniem kubatury do funkcji.

KT: – Kwestia dobrego samopoczucia polega też na odwołaniu się do własnych doświadczeń i miejsc, niekoniecznie przedwojennych, ale dawniejszych, zupełnie historycznych. Pamięta się jakiś miły dziedziniec, jakiś ogród czy ławeczkę, na której można było przysiąść przy historycznym budynku. Takie czasem bardzo drobne elementy są odczuwane i działają. Odnajduje się urok tych przestrzeni. My zawsze dorzucamy takie wrażenia do naszego koszyczka. Teraz jest czas, że również uniwersytet działa inaczej, rozmawia ze studentami i pracownikami, zbiera ankiety, sprawdza, co niedobrze działa w istniejących budynkach. Analizuje się też zagraniczne przykłady. Wnioski, jakie się wyłaniają, wiążą się z architekturą w sposób miękki albo w ogóle są bardzo przyziemne. Podam przykład – żeby w każdym pomieszczeniu w budynku otwierały się okna… to jest podstawowa, można powiedzieć, rzecz. Jednak zbudowano wiele budynków kilka czy kilkanaście lat temu, gdzie nie ma otwieranych okien. Uważano to za bardzo nowoczesne. Teraz widzimy, że to dużo kosztuje, a my nie chcemy oddychać klimatyzowanym powietrzem. W pomieszczeniu może być cieplej czy zimniej, ale chcemy się przewietrzyć i posłuchać, jak śpiewają ptaki, albo nawet szumią samochody. To jest jakaś łączność z otoczeniem. Z użytkowania przestrzeni wyciąga się wnioski, a wnioski się zmieniają, To, z czego teraz się cieszymy, pewnie będzie podlegać krytyce w kolejnym cyklu. To się dzieje bez końca.
MG: – Może jest to znak czasu, który dotyka nie tylko architektów, bo ten proces ma wielu uczestników. Architekt jest jednym z nich i oczywiście może coś proponować, ale dwadzieścia lat temu te propozycje nie trafiłyby do tarczy. Dzisiaj inni uczestnicy procesu mają podobne obserwacje i wrażliwość, jest inny poziom oczekiwań niż wtedy. Mówię o tych, co zamawiają projekty, o konsultantach, gminach, instytucjach publicznych.
KT: – Jest to szczególnie widoczne w zamówieniach publicznych jako pochodna dużych narracji, na przykład związanych z kryzysami. Do głosu doszły wszystkie wątki związane z ochroną środowiska, rozwiązaniami ekologicznymi, energooszczędnymi. Kilkanaście lat temu coś słyszeliśmy o tych sprawach, ale nie były szeroko obecne w projektowaniu. Na pewno do głosu doszły i są sformalizowane kwestie związane z dostępnością. Teraz zajmuje to zupełnie inne miejsce we wszystkich projektach. Prosty przykład – kiedyś budynek publiczny miał okazałe schody przed wejściem, które symbolizowały dostojność gmachu. Ewentualnie gdzieś tam z boku była winda albo rampa. Teraz w zasadzie nie widzi się takich projektów, wszystkie są otwarte i dostępne. Schody są postrzegane jako bariera.

MG: – Na początku działalności zajmowaliśmy się rewitalizacją. Wielokrotnie proponowaliśmy, szczególnie prywatnym inwestorom, żeby w jakiś sposób wykorzystać istniejące budynki. Oni widzieli w tym tylko kłopoty. Zawsze podskórnym celem było wyburzyć jak najwięcej, ku naszej frustracji. Teraz dużo się o tym mówi, bo trend wykorzystywania w jak największym zakresie tego, co jest, stał się nie tylko trendem, ale świadomym wyborem. Nie można w kółko burzyć i budować od nowa, bo jest to droga do zagłady. Wystarczyło piętnaście lat, żeby podejście się zmieniło.
KT: – Nawet mieliśmy wtedy poczucie, że projekty rewitalizacyjne są trochę niepełnoprawne i zazdrościliśmy biurom, które mają duże tematy deweloperskie, projektują i wznoszą budynki od nowa. Teraz są pracownie, które mówią, że już nie projektują nowych budynków, jedynie pracują na zastanej tkance. Ne chcą przykładać ręki do budowania niczego nowego. Nastąpiła wolta, dokładnie na przestrzeni piętnastu lat.
– Jeszcze niedawno zieleń była ozdobą dodaną na ostatnim etapie realizacji, dziś bywa integralną częścią projektu od samego początku.
KT: – Teraz trzeba się tłumaczyć z każdego kawałka utwardzenia terenu (śmiech).
MG: – Jest to z korzyścią dla wszystkich. Kończąc, dlaczego akademik jest projektem charakterystycznym dla naszego biura. My integralnie łączymy architekturę z wnętrzami. Może to wynika z naszego wczesnego doświadczenia, kiedy zajmowaliśmy się wnętrzami publicznymi czy gastronomicznymi. W projektach publicznych mieliśmy zlecenia na budynki z wnętrzami. To odróżnia je od projektów robionych w przetargu, gdzie mebli się nie projektuje, tylko ktoś je kupuje według listy i przez to odczucie użytkowników jest gorsze, bo nie jest to w żaden sposób zharmonizowane.
KT: – Już na etapie konkursu projektowaliśmy elewację akademika razem z wnętrzami pokoi, zastanawiając się, jak w pokoju jest sytuowane okno w odniesieniu do tego, gdzie stoi biurko, łóżko, szafa. Jedno z drugim jest ściśle powiązane, więc ciekawą rzeczą jest robić to w komplecie, a nie tylko zewnętrzną skorupę.

– Rozmawiamy o ważnych sprawach, ale architektura jest przede wszystkim piękną formą. W jakich słowach można zamknąć architekturę, którą proponujecie?
MG: – Nie zamknąłbym tego w słowach. Jest to suma doświadczeń, naszych i całego zespołu. Jak to nazwać? Wiedzieliśmy, że akademik będzie budynkiem skromnym w sensie budżetu i mocno funkcjonalnym. Można powiedzieć, że jest to architektura modernistyczna w sensie funkcjonalnym i użycia materiałów. Przechodząc trochę do betonu, wiedzieliśmy, że skoro kształtujemy budynek z betonu, staramy się tego nie ukrywać. W akademiku jest dużo otwartego betonu, który jest nie tylko tworzywem, ale jednocześnie wykończeniem, dzięki czemu budynek jest odporny na zużycie w czasie. Oczywiście dodaliśmy tam barwnik, dzięki czemu beton ma specyficzny wygląd. Nie jest to odpowiedź na pytanie, jaka jest nasza architektura… na pewno jest osadzona w tym, jak budynek funkcjonuje i to na początku jest najważniejsze, czyli analiza, jak budynek działa i jak to działanie przełożyć na przestrzeń.
KT: – Bardzo nam odpowiadał układ na planie wiatraka, który kształtuje komunikację i relacje w środku. Dzięki niemu bryła jest rozrzeźbiona i zmienia się w perspektywie, gdy przechodzi się obok budynku. Jest to coś innego niż standardowa prostopadłościenna bryła. Schodkowe uskoki i rozczłonkowana bryła dobrze wyglądają na tle zieleni. Staraliśmy się zasygnalizować, że parter jest bardziej publiczny i musi być bardziej odporny, dlatego w bazie zastosowaliśmy beton. Bardzo istotne są zewnętrzne funkcje towarzyszące, które zostały wyróżnione innym kolorem betonu i charakterystyczną formą daszków. Na pewno jest w tym wszystkim element wesołości czy beztroski. Jest to akademik, a nie urząd, więc nie musi mieć aż takiej powagi. Powinien mieć w sobie coś, nie wiem, czy to dobre słowo, zabawnego. Takiego lekkiego, że się uśmiechniemy. Po to są kolory, zygzaki i identyfikacja graficzna. Identyfikacja nawiązuje do przykładów modernistycznych, w których takie elementy były dodawane do zdyscyplinowanej bryły. Akademik jest z daleka widoczny. Stoi w pewnym oddaleniu od ulic i wielkoformatowe oznakowanie odsłania się w dalekich perspektywach.
– Ze wspomnień starszych osób wynika, że szczęśliwe życie studenckie toczyło się w wieloosobowych pokojach bez żadnych udogodnień. Teraz można odnieść wrażenie, że studenci oczekują, powiedzmy, luksusów. Ludzie stali się wygodni. Czy akademik naprawdę musi być luksusowy…?

KT: – Oczekiwania czy pojęcie wygodnej przestrzeni na pewno się zmieniły, ale nasz akademik nie jest luksusowy. To, co w nim jest luksusowe albo może tworzyć takie wrażenie, to przestrzenie wspólne, wysokie kuchnie, duża świetlica, która jest od A do Z umeblowana. Natomiast same pokoje nie są duże i mają bardzo kompaktowe łazienki. Jednoosobowy pokój ma osiem metrów kw., więc nie można powiedzieć, że to jest nadmierny luksus.
– Tak, w rzeczywistości tu nie ma luksusu, tylko jakość rozwiązań. Wszystkie rzeczy zostały zaprojektowane.
MG: – Na zdjęciach widać, że jest to harmonijnie rozwiązane, meble wyglądają na wygodne i są wygodne. Jak się ma taki obrazek, to może się wydawać, że coś jest luksusowe, bo ktoś wszystkiemu nadał formy, kolory i faktury, które zapadają w pamięć. Kuchnia wygląda na wygodną, solidną. Wzorowaliśmy się na naszych doświadczeniach gastronomicznych, żeby zrobić miłe miejsca do gotowania i wnętrze odporne na zużycie.
KT: – W budynku jest kilka ekstrawagancji przestrzennych, które w projekcie komercyjnym pewnie byłyby zredukowane, jak na przykład podwójnej wysokości kuchnie, które zmieściły się w strukturze budynku. Dzięki temu jest więcej powietrza i światła, przestrzeń jest komfortowa, bardziej spektakularna. Ta pewna „ekstrawagancja” w realiach komercyjnych byłaby zoptymalizowana. Podobnie można sobie wyobrazić, że inwestor komercyjny dałby może mniej wyposażenia do świetlicy albo zrobił mniejszą świetlicę, albo w ogóle jej nie robił. Bardzo wysoki parter był akurat zapisany w wytycznych, takie było oczekiwanie. Są to elementy które pochłaniają pewien koszt i w realiach rachunków w Excelu byłyby poświęcone. Inwestycja publiczna rządzi się trochę innymi prawami.
– Jakie znaczenie miała realizacja akademika dla rozwoju i pozycji pracowni Projekt Praga?
KT: – Był to nasz pierwszy kubaturowy, duży projekt. Wcześniej mieliśmy bardzo dużo tematów rewitalizacyjnych i z domeny wnętrz publicznych. Większe tematy budynkowe czekały jeszcze na realizację lub były w trakcie. Akademik został zrealizowany jako pierwszy. W historii biura i w naszych sercach zajmuje szczególne miejsce. Było dla nas naprawdę bardzo ważne, że mieliśmy okazję zaprojektować dokładnie tę funkcję publicznego akademika. Jak mówiliśmy, w tej kategorii obiekty nie powstają albo powstało ich kilka przez ostatnie sześćdziesiąt lat. Myślę, że będzie wiele odniesień do naszej realizacji właśnie dlatego, że jest tak mało budynków tego typu.
MG: – Przełomem były dla nas Dom Akademicki UW i budynek Wydziału Psychologii UW. W obu przypadkach była to wygrana w konkursach i realizacja dla tego samego inwestora. W naszej historii była to cezura.

KT: – Historię naszej działalności można podzielić na dwa równe okresy. Działamy mniej więcej od szesnastu lat. Konkurs na budynek Wydziału Psychologii został rozstrzygnięty osiem lat temu i od tego czasu zajmujemy się większymi tematami użyteczności publicznej. Po dwóch realizacjach dla UW wygraliśmy konkurs na nowy budynek dla wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych, którego budowa ma niebawem ruszyć. Ruszyła już budowa zespołu budynków dla Sądu Apelacyjnego w Warszawie i nowej siedziby sejmiku województwa mazowieckiego. W ramach passy tematów publicznych mamy w tle mniejsze, jak rewitalizacja i adaptacja na mieszkania fabryki cukrów na Pradze Północ czy budowa willi na Saskiej Kępie, która jest tematem w kameralnej skali.
– Jakie doświadczenia wynieśliście z pracy z betonem podczas realizacji domu akademickiego?
MG: – Zarówno w akademiku, jak w budynku psychologii beton został użyty w głównej konstrukcji i w obu przypadkach został jak najbardziej wyeksponowany, żeby konstrukcja była widoczna i odczuwana w przestrzeni. Ma to związek z tworzeniem takiej ramy przestrzennej. W obu przypadkach były to budynki publiczne, które mają zaplanowaną żywotność w czasie, więc zależało nam na solidności, stąd beton.
KT: – Stosujemy betony z kruszywem kamiennym, ale ostatnio również z kruszywem szklanym, co daje ciekawy efekt. Myślę, że praca z fakturami i barwnikami jest superciekawa. We wszystkich ostatnich projektach już na etapie przygotowywania dokumentacji pracujemy z technologiem betonu Krzysztofem Kuniczukiem. Najlepsze, że jest to praca nie tylko na papierze, gdzie są zapisane wszystkie receptury i restrykcyjne wytyczne, ale przede wszystkim praca na próbkach. Mamy satysfakcję, gdy robimy moodboard, zbieramy przykłady elewacji czy betonowych elementów, które nam się podobają i w oparciu o to są przygotowywane próbki. Potem próbki lądują na budowie jako referencja dla efektu. I w budynku psychologii, i w akademiku w zasadzie udało się utrzymać wszystkie założenia. Czasem używa się gotowych kształtek czy płytek lastriko po prostu zakupionych jako produkt, ale we współpracy z firmą można opracowywać własne receptury czy kolory materiałów. Rynek w ostatnich latach bardzo się zmienił. Jest więcej możliwości kształtowania produktów czy nadawania im własnych parametrów.
– Można wpłynąć na produkt, żeby nie był sformatowany…?

KT: – Jeszcze dziesięć lat temu, gdy próbowaliśmy, było to logistycznie niemożliwe.Teraz jak zamawia się płytki lastriko od producenta, który ma gotowy wzornik, można z nim pracować, zmieniać skład kruszywa i receptury. Tak zrobiliśmy mozaikową posadzkę w atrium budynku psychologii. Nie jest to indywidualnie lane lastriko, tylko pocięte gotowe płytki, ale w części wykorzystaliśmy gotowe kolory z wzornika, a część receptury ustaliliśmy w toku budowy z producentem. Chcieliśmy mieć jeden kolor łososiowy, drugi ciemnoczerwony, więc dobieraliśmy kruszywo. Kiedyś dostawcy nie byli tym zainteresowani. Teraz jest więcej możliwości. Jest wiele firm, które specjalizują się w prefabrykatach elewacyjnych i ich wykończeniu – gładkim, szlifowanym, młotkowanym, piaskowanym… Poziom zaawansowania technologicznego jest na tyle duży, że o tych rzeczach można rozmawiać i je wdrażać. Wyzwaniem jest zapisanie tego w warunkach zamówienia publicznego, gdzie wszystko musi być restrykcyjnie i precyzyjnie określone, aby wykonawca był zobligowany, żeby wykonać to w założonej formie.
– Człowiek chciałby pozostawić po sobie coś trwałego… Jakie wartości przemycacie w projektach? Z czego jesteście dumni?
MG: – Gdy zdarza mi się odwiedzać budynek psychologii, zawsze mam wrażenie, że tam się po prostu miło przebywa. Nie jest to może pojęcie z dziedziny architektury… (śmiech), ale jest to wartość, że się przyjemnie wraca do zaprojektowanej przestrzeni, która daje dużo pozytywnych emocji. Druga sprawa, przechodząc do materii, że udało się to wszystko zrealizować bardzo blisko naszych założeń projektowych, w sensie materiału, detalu, oświetlenia. Da się przełożyć projekt konkursowy na rzeczywistość. Nie ma tu rozdźwięku, że coś proponujemy, a smutna rzeczywistość to weryfikuje. Dokładnie to, co wymyśliliśmy osiem lat temu, jest na koniec zrealizowane.

KT: – Z kolei od strony projektowej jest takie poszukiwanie czystych geometrycznych struktur, czytelnej kompozycji budynków, w zestawieniu z najczęściej bardzo skomplikowanym programem budynku użyteczności publicznej, w którym nie ma regularnej liczby pomieszczeń, wszystko jest zawsze inne i potem podczas projektu jeszcze ewoluuje. Mamy satysfakcję, gdy udaje się to wszystko pogodzić. Nie zniekształcać budynku, utrzymać go w takiej formie, w jakiej sobie zaplanowaliśmy. Mieć satysfakcję z geometrii, która powstała, a jednocześnie spełnić wytyczne. Jest to układanka w dużej skali. Duża łamigłówka.
Dziękuję za rozmowę.
Paweł Pięciak
Biuro Projekt Praga zostało założone w 2010 roku przez Karolinę Tunajek i Marcina Garbackiego (absolwenci Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej). Pierwsze lata działalności pracowni skupione były na projektach rewitalizacyjnych, przestrzeniach dla sztuki oraz projektach wnętrz. Obecnie pracownia zajmuje się głównie projektami użyteczności publicznej, wyłanianymi w drodze konkursów. Do najważniejszych projektów biura należą budynek Wydziału Psychologii UW, nagrodzony m.in. Nagrodą Architektoniczną „Polityki”, Dom Akademicki UW przy ul. Sulimy w Warszawie oraz trwająca obecnie budowa zespołu budynków dla Sądu Apelacyjnego w Warszawie i Sejmiku Województwa Mazowieckiego. Od początku działalności pracownia jest związana z warszawskim Kamionkiem. Przez lata funkcjonowała na terenie dawnej Warszawskiej Fabryki Motocykli przy ulicy Mińskiej, a obecnie zajmuje przestrzeń pawilonu dawnej biblioteki przy Parku Skaryszewskim.
Galeria Zdjęć










