Aktualności / Autor ascetycznej akademii

Autor ascetycznej akademii

Rozmowa z Tomaszem Głowackim, architektem wyróżnionym w konkursie „Polski Cement w Architekturze” za nowy budynek Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu.


 – Chciałbym poznać mapę Pańskich zainteresowań, żeby zrozumieć architekta. Skąd Pan się wywodzi?

– Pochodzę z Opola. Mama wspominała, że będąc dzieckiem nie lubiłem odwiedzać sklepów, ale w jednym miejscu, gdzie był widok na wieżowce, stałem grzecznie i mogła spokojnie zrobić zakupy. Od dzieciństwa interesowały mnie budynki i aranżacja przestrzeni. W młodości i jako nastolatek przemeblowywałem i malowałem swój pokój. Z namaszczeniem przeglądałem nieliczne wtedy pisma wnętrzarskie, dizajnerskie i architektoniczne. W liceum jako członek „Klubu Miłośników Sztuki” uczestniczyliśmy w prelekcjach, spotykaliśmy się z artystami, jeździliśmy na wystawy do Krakowa, Wrocławia, Warszawy. To spowodowało, że sztuka współczesna stała mi się bliska, szczególnie abstrakcja. Lubiłem rysować i malować od małego, ale architektura, w tym konstruowanie struktur, bardziej mnie pociągała niż malowanie obrazów.

 

– Jest w architekturze element malarskiego piękna, ale jest też poczucie wyższości. Chęć ustawiania, meblowania życia innym, satysfakcja z tej dziwnej władzy.

– Rzeczywiście, projektanci mają w sobie coś z demiurgów – tworzą nowe światy. Ale proszę zrozumieć, że jako architekci nie dążymy do władzy, nie stawiamy budynków, by rządzić ludźmi. Robimy to dla samej architektury, która jest dla nas poniekąd świętością. Wydawać się to może niezrozumiałe, lecz może oczywiste dla poety lub kogoś, kto tworzy. Naszą twórczością rządzi potężna siła, która płynie z wewnętrznego przymusu. Pracuje się dla idei… i dla ludzi.

 

– Czesław Miłosz pisał o sile, która nie wiadomo skąd przychodzi, ale nie można się jej oprzeć. Jest to silny przymus tworzenia, coś większego od człowieka, czemu człowiek musi ulec. Pan ulega?

– To się na szczęście jeszcze zdarza. Lecz architektura jest wyjątkową dziedziną sztuki, bo jest utylitarna. Kiedyś, jeszcze na studiach, przeklinałem utylitarny charakter architektury, traktowałem jako bolesne ograniczenie, teraz uważam za błogosławieństwo. Jest to niesamowity dar. Zmusza do bycia inżynierem i artystą jednocześnie. Jeśli jest się tylko inżynierem albo tylko artystą – nie ma architektury.

 

– Czym by się skończył utylitaryzm czysto inżynierski?

– Sam pragmatyzm nie zbuduje tajemnicy ani atmosfery. Przestrzeń budowana tylko wedle logiki inżynierskiej nie stanie się architekturą, będzie zwykłym budownictwem. Widziałem ostatnio wystawę architektury Piera Luigi Nervi. Byłem zachwycony jego rozwiązaniami, pełnymi logiki i piękna. Nervi korzystał z minimalnej ilości materiału (głównie betonu) dla budowania swoich struktur, tworząc niesamowite kształty. Architektura Nerviego jest racjonalna a jednocześnie pełna poezji, genialna. Genialność bierze się z innego poziomu niż tylko racjonalność. Cytując Einsteina: „Logika zaprowadzi cię z punktu A do punku B, a wyobraźnia wszędzie”. Dlatego wielka architektura korzysta z zasobów intuicji, gdzie powstaje nowa wizja. Oglądając przykłady architektury przez duże A można dostrzec nowatorskie idee, na które ktoś wpadł, poddając się wewnętrznej „wyższej” sile.

 

– Przyszedł Pan na studia do Wrocławia. Z jakimi wyobrażeniami Pan zaczynał i z czym się skonfrontował?

– Studia nie zabiły mojego entuzjazmu (śmiech). Bez entuzjazmu nie mógłbym pracować. W czasach mojej edukacji uczono nas historyzującego postmodernizmu. Wydawało mi się to passé i robiłem projekty raczej w duchu dekonstrukcji, zainspirowany projektami młodej Zahy Hadid czy grupy Coop Himmelblau. Takie myślenie nie było mile widziane na wydziale. No cóż, to daleka przeszłość. Sądzę, że styl w architekturze jest tylko pewną wrażliwością na dany porządek, rezonujący z danym okresem historii, więc w każdym stylu można znaleźć mistrza i piękno. Teraz uczę architektury, co daje dystans do mód i różnorodności formalnych. Mam własne upodobania, które krążą wokół rzeczy minimalistycznych, dobrze się czuję w tej stylistyce.

 

– Czas, kiedy Pan zaczynał praktykę, był z jednej strony piękny – po PRL-u - a z drugiej strony przeklęty i szalony, bo nie zdążyły się wykrystalizować wartości, drogowskazy, kierunki rozwoju architektury i życia społecznego. Pamiętam to jako okres chaosu i poczucia, że wszystko można.

Nie było wielu mistrzów ani jednoznacznych wartości, lecz na studiach trafiłem na takie osobowości, jak charyzmatyczny prof. Stefan Müller, dr Stanisław Lose – promotor mojego dyplomu czy prof. Zbigniew Bać – promotor mojej pracy doktorskiej i szef katedry, w której pracuję. Oni mieli i nadal mają wpływ na mój światopogląd. Pod koniec studiów uzmysłowiłem sobie, że żyjemy w czasach, gdzie każdą tezę da się uzasadnić i każdy może mieć rację. Dlatego dużo szacunku mam dla rozwiązań maksymalnie prostych formalnie, w których jest szansa otrzeć się o istotne wartości i dotrzeć do ich istoty. Fakt, jesteśmy pokoleniem, które samo musi definiować wartości, w przeciwieństwie do pokolenia modernistów, którzy byli pewni, co jest dobre, co złe, i nie mieli wątpliwości, jak należy projektować.

 

– Jest Pan nauczycielem akademickim. Czy czynnemu architektowi uczelnia jest do czegoś potrzebna?

– Ucząc innych, definiuję własny stosunek do architektury. Nauczanie jest lustrem, mówi o zmieniających się wartościach i zmusza, żeby jeszcze raz przyjrzeć się sobie. Po drugie, cenny jest kontakt z młodymi ludźmi, którzy mają bardzo krytyczny stosunek... (śmiech). Uczenie jest jak hodowanie roślin. Przy stworzeniu sprzyjających warunków z nasion wyrastają piękne okazy. Ponadto uczelnia wymusza kontakt z nowościami i stałe pogłębianie wiedzy. Uczę projektowania domów jednorodzinnych, wielorodzinnych, przedszkoli, szkół, domów kultury, mediatek, ale naprawdę nie ma to znaczenia. Zamknięcie się w niszy specjalizacji – to koniec architektury.

 

– Napisał Pan pracę o pustej przestrzeni jako istocie architektury. Czym jest pusta przestrzeń?

– Pusta przestrzeń to pojęcie z klasyki. Lao Tse, starożytny chiński filozof, mówił: „Budując dom, wycinamy drzwi i okna, lecz dopiero pustka w ich wnętrzu decyduje o pożytku z domu”. Pamiętam, jak Frank Lloyd Wright zachwycał się architekturą Japonii właśnie ze względu na ideę pustej przestrzeni, którą reprezentowała. Uświadomiłem sobie, podobnie jak on, że naszym tworzywem, naszym materiałem nie są ściany, beton, szkło, technologia, tylko pusta przestrzeń, której architekci nadają użyteczność, atmosferę i formę. Pustej przestrzeni na naszej coraz bardziej zdewastowanej, zurbanizowanej i zaludnionej planecie jest coraz mniej, dlatego mam do niej szacunek. Czasem zastanawiam się, widząc działkę, czy nie lepiej by było, gdyby nic na niej nie powstało. Może lepiej, gdyby pozostała niezabudowana.

 

– Gest niezabudowania też, moim zdaniem, jest architekturą. Niezabudowanie, brak materializacji, jest decyzją tworzącą architekturę?

– Jak najbardziej. Często podejmujemy taką decyzję, żeby fragment albo większą część, albo nawet całość kubatury schować pod ziemię. W konkursie na Muzeum Współczesne Wrocław nasza idea polegała na tym, aby wszystkie pomieszczenia, które nie wymagają doświetlenia, schować pod ziemią. Na powierzchni zaplanowaliśmy tylko te elementy, które miały tworzyć ramę dla otwartych przestrzeni publicznych (minidziedzińców), gdzie sztuka może się wylać na ulicę i zachęcać do interakcji. Znacznie radykalniej podeszliśmy w konkursie na rozbudowę Muzeum Architektury we Wrocławiu, w którym w całości zanurzyliśmy kubatury w ziemię. Podobnie wyglądało w przypadku konkursu na „Ekologiczny Dom Jednorodzinny”. Podziemny budynek, o klasycznym układzie atrialnym, zniknął z horyzontu, tworząc nieinwazyjną krajobrazowo architekturę. A co ważne i docenione przez jurorów, uzyskał paramenty budynku zeroenergetycznego.

 

 

– We Wrocławiu jest i tak dużo dobrej przestrzeni publicznej, w pańskim duchu.

– Tak, ale jest to dziedzictwo planistów i architektów z końca XIX i początku XX wieku, realizowane konsekwentnie przez kolejne dekady. Struktura i miejskość, którą Wrocław jeszcze ma, wynika z tamtych planów i decyzji. To, co możemy teraz robić, to uzupełniać miasto, cerować jeszcze po zniszczeniach wojennych, umiejętnie dogęszczać i ograniczać ekspansję na przedmieścia.

 

– Pańska pracowania zdobyła wiele nagród w konkursach architektonicznych. Które są najważniejsze?

– Pracownia ma prawie 10 lat, braliśmy udział w 53 konkursach, a zdobyliśmy 29 nagród i wyróżnień, w tym 4 pierwsze nagrody. Najważniejszą w dorobku firmy jest realizacja nowego gmachu wrocławskiej ASP w wyniku wygranego w 2007 roku konkursu, lecz właściwe każdy konkurs jest dla nas ważny. Po pierwsze, jest okazją do zdobycia prestiżowego zlecenia. Po drugie, to świetny trening umysłu i możliwości organizacyjnych. Zdaję sobie sprawę, że to jest rodzaj ruletki, szczęścia. Jesteśmy nagrodzeni albo wyróżnieni, ale czy ktoś zajmie pierwsze czy drugie miejsce, to nie jest oczywiste. Ostatnio daliśmy dwie bardzo dobre odpowiedzi na zadania projektowe w dwóch konkursach.

 

– Jakich?

– Pierwszy temat to „Centrum Kultury i Aktywności Lokalnej” w Nowych Żernikach, we Wrocławiu. To część miasta, która właśnie teraz zamienia się z pola buraczanego w osiedle i jedynym elementem tożsamości miejsca jest stary poniemiecki schron przeciwlotniczy projektu Richarda Konwiarza. Chcieliśmy ten schron wyeksponować, ukazując jego betonową strukturę i zwieńczając go nową, szklaną nadbudową. Ponadto obiekt miał być podkreślony przedpolem w formie płytkiego stawu, pełniącego rolę zbiornika retencyjnego. Miał przeglądać się w wodzie, która miała też służyć jako darmowe źródło energii do zasilania pompy ciepła. Mogliśmy wygrać ten konkurs, niewiele brakowało, zajęliśmy drugie miejsce.

 

 

– Drugi konkurs?

– Prywatny inwestor kupił jedną z najlepszych działek we Wrocławiu, w ścisłym centrum, obok Starego Miasta, naprzeciwko słynnego barokowego budynku uniwersytetu, w znakomitym sąsiedztwie ceglanej elektrowni Berga i nowej mariny na końcu ul. Księcia Witolda. Wymogiem było, aby budynek nie przesłaniał panoramy Starego Miasta ani uniwersytetu. To mądry postulat i potraktowaliśmy go poważnie. Zdecydowaliśmy się na zaprojektowanie bardzo smukłego obiektu w formie wieży, który chroni perspektywy widokowe. Nawiązaliśmy do idei wież, których w centrum Wrocławia jest naście i każda była manifestacją wartości swojej epoki. Czyli najpierw kościoły, ratusz jako siedziba władz, potem uniwersytet, itd. I teraz przyszedł inwestor, kupił najpiękniejszy fragment miasta, więc chcieliśmy, żeby obiekt miał charakter przestrzeni publicznej i był manifestacją wartości naszego wieku. Nie wygraliśmy. Wygrała mieszkaniówka, zresztą niezła, która zasłoni chronione konkursem widoki. Później główny sędzia zmienił zdanie, stwierdził, że się pomylił i przyznał nam pierwszą nagrodę, ale było za późno.

 

– W jakiej sytuacji jest teraz w Polsce niewielka w sumie pracownia architektoniczna prowadzona przez młodego architekta?

– Młody już nie jestem, ale dziękuję. Patrząc na moje biuro – w bardzo trudnej. Jesteśmy znani z nietypowych domów jednorodzinnych, ale z takich zleceń nie utrzyma się biura. Szukam zleceń dużych i jest to trudne. Większość biur radzi sobie tak, że robią wszystko „na przemiał”, projektują rzeczy, którymi się nie chwalą. Po realizacji ASP, gdzie mamy 18 tys. m kw. pow. całkowitej, w centrum miasta, gdzie było pełno problemów, niezidentyfikowanych sieci podziemnych i tysiąc innych kłopotów, niczego się nie boję. Chętnie podejmę się nowych wyzwań.

 

– Mniej więcej od dekady w modzie są domy indywidualne projektowane na zamówienie i jest to ważny czynnik cywilizacyjny. Nie różnej maści obiekty reprezentacyjne, które buduje się też w zacofanych krajach, ale praca u podstaw nad przeciętną architekturą i masowym gustem, żeby były lepsze. Pan też stworzył katalog interesujących domów.

– Kiedyś uświadomiłem sobie, że architektura projektowana indywidualnie to mniej niż 1 procent w skali Polski. Polacy kupują domy z katalogu, które w większości, bo nie wszystkie, zaśmiecają krajobraz. Stąd propozycja przygotowania nie dwustu projektów gotowych, ale pięciu dobrych w kolekcji Casanova, które by spełniały różne potrzeby, od małego do dużego, z dachem dwuspadowym i płaskim, w zależności od planu miejscowego i warunków zabudowy. Chciałem poprawić nie tylko wizerunek domu z zewnątrz, ale kulturę zamieszkania – przestrzeń w środku. W ogóle jednym z moich ulubionych tematów jest aranżacja wnętrz. Praca nad wnętrzem jest przyjemną rzeczą, nieobciążoną tak mocno przepisami i ograniczeniami urzędu. Pamiętam, jak trudno było 15 lat temu przebić się z minimalistyczną estetyką. Prasa wnętrzarska i kobieca zrobiły tu dobrą robotę.

 

– Czyli zgodzi się Pan, że krok po kroku cywilizujemy się?

– Jest nadzieja, widzę to po wnętrzach. Standardy i rozwiązania funkcjonalne, które kiedyś ostrożnie promowałem, są przyjmowane. Nie ma już takiego problemu, żeby zaproponować klientowi np. drzwi bez ościeżnicy, podłogi żywiczne czy ścianę z betonu. Są na polskim rynku produkty i wykonawcy. Kiedyś sam tłumaczyłem wszystko na budowie, wymyślałem rozwiązania. W każdym razie pracujemy dziś z klientem na zupełnie innym poziomie.

 

 

– Przygotowywał Pan wnętrza dla ważnych albo znanych osób?

– Wnętrza są prywatne, nie zawsze możliwe do publikacji. Robiłem, już dawno, wnętrza dla wybitnej poetki, pani Urszuli Kozioł, która otrzymała kawalerkę we Wrocławiu, w darze od miasta i tam miała atelier. Głównym problemem było zmieszczenie na tej przestrzeni niemożebnej ilości książek, listów, zapisków i dokumentów. Widzę, że we wnętrzach architekt jest swobodniejszy, może iść dalej. Byłem jednym z pierwszych, którzy wprowadzili do wnętrz żywicę, podłogi betonowe, tego typu elementy, ale to było dawno. Postęp w aranżacji wnętrz jest duży, w formie architektonicznej – mniejszy. Lecz mam przekonanie, że to tylko kwestia czasu i spokojnego dobrobytu.

 

– Musi się tu pojawić rytualne pytanie: Dlaczego polski krajobraz jest brzydki i czy jest nadzieja, że będzie lepszy? Jakie czynniki muszą działać?

– To zależy od zamożności i kultury, która tworzy się przez pokolenia. Cywilizację tworzy się powoli. Potrzeba spokojnego okresu, żeby Polacy nie musieli myśleć o wojnach, przetrwaniu, ratowaniu ojczyzny. Większość historii Polski polega na walce o przetrwanie indywidualne albo narodu. W takiej sytuacji nie ma mowy o gromadzeniu i przekazywaniu dorobku z pokolenia na pokolenie. Nie ma mowy o delektowaniu się życiem, jedzeniem, sztuką, ubiorem, wszystkim co wyrafinowane. W Polsce architektura, chociaż jest wszechobecna, bo żyjemy w świecie stworzonym przez architekturę – nie jest pierwszoplanowa. Dopiero po zaspokojeniu potrzeb takich jak bezpieczeństwo i inne z piramidy Maslowa, można podejść bardziej świadomie do architektury i krajobrazu życia codziennego. Kultura musi wrastać w ludzi w sposób naturalny, wtedy powstaje ład. Dobre nawyki tworzą się przez pokolenia, a w Polsce nie ma czasu, bo jak mieszka się na gruzowisku, to nie ma czasu na estetykę albo higienę. Przecież Wrocław do lat 60. był gruzowiskiem, pani Urszula Kozioł opowiadała mi o tym.

 

– W nowym budynku Akademii Sztuk Pięknych wszechobecny jest beton. Jaki jest Pana stosunek do tego materiału?

– Cenię beton brutalistyczny z lat 60. i 70., grę światłocienia i dychotomię między porowatą ścianą i gładkim szkłem. Wtedy czuję, że architektura mówi zmysłami. Dotyka mnie jakby fizycznie. Ludzie w Polsce nie lubią architektury z lat 60., betonowej, brutalistycznej i mam teorię dlaczego. Otóż u nas nie konserwuje się i nie myje architektury. Żaden budynek, który powstał w latach 60. i trwa, nie został umyty. Umyto Dworzec Centralny, mówi się, że został wyremontowany, ale on został przede wszystkim umyty – i wygląda wspaniale. To wystarczyło. Budynki trzeba myć, tak jak ludzie muszą się myć. W budynku ASP zapisaliśmy, że fasada i jej unikalna warstwa ceramiczna, ma być myta dwa razy do roku, aby nie uległa zniszczeniu. Jak na razie – ani raz nie była czyszczona.

 

– Jakie są Pańskie ulubione budynku z tego kresu modernizmu lat 60. we Wrocławiu?

– Mamy perły architektury tworzone przez Krystynę i Mariana Barskich, miałem zresztą przyjemność być uczony przez profesora Barskiego. Jest ich projektu wydział chemii czy kapitalny wydział weterynarii z genialną salą operacyjną dla koni, zniszczony przez termomodernizację. Rzeczy, moim zdaniem, na poziomie światowym. Żartujemy, że Rem Koolhaas, projektując Kunsthal w Rotterdamie, ściągnął z Barskich, bo jego brat, także architekt, był wtedy jako tutor na warsztatach we Wrocławiu. Pamiętam, bo uczestniczyłem w tych warsztatach jako student (śmiech).

 

– Nie tylko Pan zachwyca się architekturą Barskich, ona ma wielu miłośników. Co w niej jest niezwykłego?

– Pomysł na układ przestrzenny i bryłę, której wysmakowane elewacje wynikają z utylitarnych podziałów i rozwiązań funkcjonalnych. Ponadto umiejętność realizowania tego wszystkiego, w tym wnętrz, z prostych materiałów i technologii. Przecież oni budowali w czasach, gdy niczego nie było. Wszystko musiało być indywidualnie zaprojektowane. Na przykład zamiast ordynarnych lamp sufity zostały wyposażone w gołe żarówki ułożone tak, aby tworzyły wzór abstrakcji geometrycznej. Wspaniałe finezyjne balustrady, siedziska w audytoriach... Przeraża mnie, że teraz żyjemy w czasach, gdy architekt ma tak ograniczoną możliwość projektowania detalu. Jesteśmy ograniczani atestami. Wykonawcy w ogóle nie opłaca się wdrożyć pomysłu architekta, skoro ma gotową balustradę, przeszklenia etc. To zabija architekturę. Nasz budynek ASP jest właśnie nietypowy przez całą szklaną fasadę bez standardowego międzykondygnacyjnego pasa ppoż. Jej wdrożenie do samego końca było ryzykowne. Wymagało trudu i odwagi, przygotowania nietypowych rozwiązań popartych orzeczeniami i opiniami rzeczoznawców, przekonywania urzędników i wykonawców, odparcia zarzutów, reagowania na odwoływanie podjętych wcześniej decyzji pozytywnych. To nie było łatwe.

 

– Rozumiem, że dzisiaj, a nie sto lat temu, przepchnięcie ciekawego rozwiązania wymaga od architekta energii ponad siły. Czy w związku z tym przepisy administracyjne nie grożą banalizacją architektury?

– Jest to podstawowe zagrożenie. Kiedyś, gdy architekt nie miał rozwiązania pod ręką, musiał wymyślić. Projektował drzwi, robił to lepiej lub gorzej; rzemieślnik wykonywał je lepiej lub gorzej, w zależności od talentu. Architekt oczywiście musiał projektować rozsądnie, znając możliwości swoich wykonawców i znając budżet. Teraz jest tak, że mamy typowe rozwiązania: sprawdzone, gotowe i z reguły sprzed 25 lat, upchnięte do Polski z Niemiec. Jesteśmy zalani szlamem technologicznym z Zachodu. Oczywiście cieszymy się, że ta technologia jest, bo mało kto wie, jak bardzo standard np. wykończenia budynków i mieszkań w Polsce odbiega od tego, co widzę w Holandii, Danii, Niemczech, Szwajcarii. W Polsce robi się biznes, czyli wtłaczane są stare technologie, my je kupujemy, klaszczemy, cieszymy się.

 

– Gdzie by było lekarstwo?

– Przede wszystkim należy zreformować przepisy. Trzeba jak najszybciej zmienić znaną wszystkim ustawę przetargową, która rujnuje kraj i przez dyktat najniższej ceny promuje najbardziej ordynarne rozwiązania typowe oraz niesolidną usługę. Drugą rzeczą będzie rzeczywiste przyzwolenie projektantom na wdrażanie innowacji. Mamy innowacyjność w swojej naturze i chcemy wymyślać różne rzeczy, ale jesteśmy przyblokowani atestami. Mogę coś wymyślić, ale wykonawca zaraz mi powie, że go nie stać, bo na przykład atest kosztuje 30 tys. albo więcej. Potrzeba większej elastyczności w procedurach.

 

 

– Jaki jest dla Pana Wrocław – jako miejsce pracy?

– Doceniam spuściznę, którą mamy po poprzednikach. Miasto dało mi możliwość poznania architektury z górnej półki, przez dzieła Mendelsohna, Berga, Scharouna, Radinga czy innych wybitnych architektów lat 20. i 30. oraz starsze przykłady gotyku, renesansu i baroku, jak kościoły, ratusz, uniwersytet, kamienice. Świetne są założenia urbanistyczne, np. osiedla mieszkaniowe Sępolno, Grabiszyn, Książe Małe, czy założenia parkowe. Wiele wspaniałych budynków czeka jeszcze na rewitalizacje i uznanie, jak choćby perły modernizmu PRL. Chodząc po mieście ocieram się o te przestrzenie, place, skwery i budynki. Doceniam ich piękno. Wrocław dla architekta, ten dawny i obecny, jest inspiracją, stawia wysokie oczekiwania, to dobrze.

 

– Dziękuję za rozmowę.

Paweł Pięciak


 

Życiorys

Tomasz Głowacki
Tomasz Głowacki

Tomasz Głowacki – architekt, adiunkt na Wydziale Architektury Politechniki Wrocławskiej. Po dziesięcioletniej praktyce projektowej w 2005 założył Pracownię Projektową Głowacki. Autor nietypowych wnętrz i domów jednorodzinnych („Dom plus” w Galowicach pod Wrocławiem, „Biały domek” pod Warszawą, „Dom na wylot” we Wrocławiu, „Dom na Wiśniowej” w Trzebnicy, „Złamana stodoła” we Wrocławiu). Organizator warsztatów studenckich. W 2000 obronił doktorat pt. „Pusta przestrzeń w kreacji architektury najnowszej”. Praktykował m.in. w Londynie. „Dom plus” w Galowicach był jednym z finalistów VII edycji plebiscytu „Życie w Architekturze”. Tomasz Głowacki był uczestnikiem wystaw m.in. w Muzeum Narodowym w Gdańsku (w ramach projektu „Etnoinspiracje”), Muzeum Architektury we Wrocławiu (w ramach „galerii jednego projektu”), Muzeum Narodowym w Sibiu w Rumunii; na Targach Budownictwa BUDMA 2012 (prezentacja „Domu ukrytego” w ramach projektu „dom ekologiczny – Murator”); w Łodzi w ramach wystawy „Młodzi do Łodzi”. Realizacja nowego gmachu Akademii Sztuk Pięknych znalazła się wśród ośmiu realizacji nominowanych do Nagrody Roku SARP za lata 2012-2013. W 2013 zdobyła wyróżnienie w konkursie „Polski Cement w Architekturze”.

 

 


Galeria Zdjęć