Aktualności / Autorzy betonowego domu

Autorzy betonowego domu

Rozmowa z Marcinem Kościuchem i Tomaszem Osięgłowskim, wspólnikami w pracowni Ultra Architects, twórcami „Domu nad morzem”, który otrzymał równorzędną pierwszą nagrodę w XVII edycji konkursu Polski Cement w Architekturze.


 – Reprezentują Panowie pokolenie czterdziestolatków, które umacnia swoją pozycję w architekturze. Wasz głos jest coraz wyraźniejszy. Skąd się wywodzicie?

Tomasz Osięgłowski: – Studiowaliśmy na Politechnice Poznańskiej w latach 90. Nie było wówczas osobnego Wydziału Architektury, a jedynie instytut prowadzony w ramach Wydziału Budownictwa. Jeszcze w czasie studiów spędziłem kilka miesięcy na praktykach w Holandii, a w 1997 roku dołączyłem do zespołu poznańskiego biura projektowego Studio ADS. Pracowałem nad wszystkimi dużymi projektami, z których są znani. Od wielu lat jestem związany z Poznaniem, ale moim rodzinnym miastem jest Leszno.

Marcin Kościuch: – Ja pochodzę z Konina. Również studiowałem architekturę na Politechnice Poznańskiej, ale trwało to nieco dłużej, bo 9 lat (śmiech). W międzyczasie brałem udział w wielu konkursach architektonicznych i, podobnie jak Tomek, pracowałem w jeszcze wtedy nie tak wielkim studiu ADS. Ale poznaliśmy się znacznie wcześniej, w czasie studiów nawet wynajmowaliśmy wspólnie mieszkanie.

 

– Czy jest coś takiego jak poznańska szkoła kształcenia architektów?

M.K.: – Raczej nie. Choć cały czas uważam, że lata naszych studiów były jednym z najlepszych okresów w historii poznańskiego Wydziału Architektury. Na uczelni zostali wtedy zatrudnieni świetni prowadzący, którzy z jednej strony mieli pojęcie o teorii architektury, z drugiej byli świetnymi praktykami, pracowali i mieli osiągnięcia. Mówię tu o Przemie Borkowiczu, jednym z szefów studia ADS, które później postawiło kilka ważnych budynków w Poznaniu, i o Pawle Szychalskim – przede wszystkim teoretyku, ale w najlepszym tego słowa znaczeniu. Z tego co wiem, Paweł wykłada teraz na wydziale architektury w Lund w Szwecji. Prowadzone przez nich zajęcia nie odbywały się na zasadzie „przynieś projekt, pokaż, zrobimy korektę i do widzenia”. To była nauka wszystkiego po kolei, ważny był cały proces dochodzenia do projektu.

T.O.: – W porównaniu z dzisiejszymi standardami studia były też bardzo kameralne, na roku było nas pięćdziesięciu, może sześćdziesięciu. W połączeniu z otwartymi głowami prowadzących tworzyło to doskonałą glebę dla naszego rozwoju.

 

– Jaka jest pozycja architektów Waszego pokolenia? Mam na myśli konfrontację z architektami starszymi albo mistrzami.

M.K.: – Na pewno nasze pokolenie ma ciągłość projektową i to jest świetne, ale ma też kontakt z myślą światową i ją współtworzy. Niektóre polskie pracownie są już znane w Europie. Pokolenie lat 70. i 80. było odcięte od tego, co się działo na Zachodzie, od myśli, technologii, materiałów. Była zapaść. W tej chwili jest kryzys, ale co z tego, jeśli trwa on wszędzie na świecie i wszyscy pracujemy w zbliżonych warunkach. Nie przeszkadza mi bardzo, że architektura staje się dość podobna do siebie, bo jest podobna na dobrym poziomie. Wolę dużo podobnej dobrej architektury niż taką, która jest zróżnicowana, ale za to kiepska.

T.O.: – Dostęp do publikacji architektonicznych jeszcze na początku lat 90. był ograniczony. Żeby dostać album, musieliśmy jechać do Berlina i wydać na to horrendalne pieniądze, połowę swojego miesięcznego utrzymania. Resztę trzeba było poznawać w bibliotece, ale może byliśmy jedynymi, którzy w bibliotece się pojawiali. W tej chwili dostęp do bieżących informacji jest nieograniczony. Na portalach internetowych, które wyczuły zainteresowanie architekturą u Kowalskiego z Europy i całego świata, mamy istny zalew projektów. O architekturze się mówi, a to, że ona się homogenizuje, to nic złego. I tak w każdym miejscu na świecie jest trochę inna, bo inny jest klimat, inne zwyczaje, technologie, kultura. Moim zdaniem architektura ma szansę stać się jednym z najbardziej anarchistycznych ruchów w sztuce, który może doprowadzić do ideowo-myślowego scalenia świata. Taka jest moja utopijna wizja.

M.K.: – Zawsze powtarzam studentom: możecie kopiować, ale wzory, a nie wyniki. Bo jeśli sięga się po wzór, to po pierwsze oznacza to, że się go przeanalizowało, a po drugie – zawsze podstawia się inne dane, przez co za każdym razem otrzymujemy inną odpowiedź. Nie znoszę bezmyślnego kopiowania kształtu czy elewacji budynku, który nam się spodobał, bez próby analizy, skąd się one wzięły.

 

– Czy projekt betonowego domu nad morzem był dla was wyzwaniem?

M.K.: – Każdy projekt jest swojego rodzaju wyzwaniem, mniejszym lub większym. Dom nad morzem nie był aż tak skomplikowanym projektem, jakby mogło się wydawać.

T.O.: – Miał swoją specyfikę. Droga dojrzewania do niego była ciekawa. Rozmowy z inwestorami zaczynaliśmy od domu o powierzchni około 250 metrów kwadratowych, a zrealizowany budynek ma blisko 500! Podczas pracy okazało się, że nasi klienci nie oczekują zwykłego domu do mieszkania, o tradycyjnym schemacie funkcji, ponieważ ma to być dom wakacyjny, weekendowy, do którego przyjeżdżać będzie dużo ludzi, rodzina i znajomi. Jednocześnie gospodarze chcieli mieć możliwość odseparowania się od tego zgiełku. Dlatego na piętrze zaprojektowaliśmy dla nich osobne „minimieszkanie” z pokojem dziennym, sypialnią, garderobą, łazienką i aneksem kuchennym.

 

– Jak szersza publiczność reaguje na dom przez Was zaprojektowany? Panowie sami mówili, że projekty i zdjęcia krążą po sieci, ludzie oceniają, wypowiadają się.

M.K.: – W większości przypadków ludzie na forach odbierają projekt dosłownie. Są przekonani, że architekt narzucił klientowi rozwiązania, że klient przychodzi do nas ze zleceniem na dom, a my przedstawiamy mu gotowy projekt na zasadzie: „tak to będzie wyglądało i teraz muszą Państwo w tym zamieszkać. Bo my jesteśmy architekci, znamy się i wiemy, co będzie dla was lepsze”. A tak nie jest. My naprawdę słuchamy.

 

– Dlatego Wasz zawód jest otoczony tajemniczym kultem. W głębi duszy jesteśmy przekonani, że architekt to dyktator, który wciska genialną kreację, nie pozwalając na słowo sprzeciwu. Bezpieczniej z Wami nie zadzierać.

M.K.: – Gdy ktoś widzi dom, który nie jest typową architekturą, do jakiej się przyzwyczaił i w którym wiele rzeczy jest zrobionych inaczej, na opak, a materiały nie są użyte tak, jak zwykle, to znaczy, że architekt zmusił klienta i w związku z tym dom jest na pewno zły. Nie da się w nim żyć. Na forach powtarzają się komentarze „ja bym tam nie zamieszkał”. Ten, kto tak pisze, może by nie zamieszkał, ale dom powstał przecież na zlecenie kogoś konkretnego i każde rozwiązanie było sto razy omawiane. Efekt jest więc odzwierciedleniem życia tej osoby. Rola architekta polega na tym, żeby dobrze poukładał to, z czym przychodzi inwestor i ubrał ten szkielet w formę dobrą dla otoczenia. Dziś architekt słucha inwestora i stara się dać mu dokładnie to, o czym ten marzy, uwzględniając także budżet, jaki klient może przeznaczyć na inwestycję.

 

Biuro-garaż
Biuro-garaż

– Jaki jest Poznań dla takiej pracowni architektonicznej jak Wasza?

M.K.: – To dość mały rynek. W Poznaniu zrealizowaliśmy właściwie tylko przeróbkę hali na biurowiec (biuro-garaż). Budujemy w Bydgoszczy, Wrześni, Zielonej Górze. Jesteśmy ponoć dość rozpoznawalnym poznańskim biurem, co nas cieszy, ale nie mamy w Poznaniu żadnej większej realizacji, no może z wyjątkiem wnętrz dla Allegro. Słyszałem że mamy opinię architektów, którzy eksperymentują, a to potrafi odstraszyć inwestorów, bo wszystkim eksperymentowanie kojarzy się z większymi kosztami i ryzykiem. Z drugiej strony, może jest w tej opinii trochę prawdy, w końcu zaprojektowaliśmy żelbetowy dom stojący w wodzie czy wnętrza biurowca ze sklejki (śmiech). Ale nikt nie zdaje sobie sprawy z tego, że te „eksperymenty” nie tylko dały fajny efekt przestrzenny i wizualny, ale także obniżyły koszty realizacji.

T.O.: – Tak, Allegro to wnętrza wykonane ze sklejki, nieotynkowanych bloczków betonowych, wyeksponowanej konstrukcji betonowej i plastikowej wykładziny, a wszystko na 14 tys. metrów kwadratowych. Nie znam podobnej realizacji w Polsce. Ale eksperyment to nie do końca dobre słowo, ponieważ nasze koncepcje mają w stu procentach racjonalne podłoże. Wnętrza dla Allegro nie były odkrywaniem Ameryki. Miało być tanio, modułowo i szybko, czyli w maksymalnie prosty sposób. Dlatego zostawiliśmy na boku obróbkę materiałów. Nie ma tynków. Dzięki temu mieliśmy o jeden proces technologiczny mniej, czyli było taniej, z mniejszym nakładem pracy. To jest oczywisty zysk finansowy dla inwestora.

M.K.: – Ten projekt to również przykład ekologicznego myślenia o architekturze, czego zresztą inwestor od nas oczekiwał. Daliśmy mu ekologię w sposobie użycia materiałów, które są jak najmniej obrobione, czyli ich produkcja zużyła mniej energii. Czysta ekologia!

 

– Jesteście Panowie znani ze śmiałych wypowiedzi i z inicjatyw architektonicznych, które mają za zadanie podnieść jakość przestrzeni w mieście.

M.K.: – Mówi Pan o termomodernizacji bloku na Ogrodach. To była przygoda! Realizacja znalazła się nawet w albumie wydanym przez portal Bryła.pl „101 najlepszych polskich budynków dekady”. Zrobiliśmy go za darmo, po godzinach. Chodziło o odnowienie bloku mieszkalnego, który powstał pod koniec lat 50., a zaprojektował go znany poznański architekt prof. Jan Węcławski. Budynkowi groziła prymitywna termomodernizacja i pomalowanie w kolorach tęczy. Pojechaliśmy do spółdzielni mieszkaniowej i zaproponowaliśmy, że jeżeli odstąpią od realizacji projektu, który już mają, a który według nas niszczył urodę tego obiektu, zrobimy nowy, za darmo, z odtworzeniem elewacji. Przeciwnicy mówili, że nie wiadomo, jak elewacje wyglądały, ponieważ nie zachowała się dokumentacja. My na to, że wystarczy znać reguły modernizmu tamtych lat, i przyjrzeć się dobrze budynkowi, żeby wyobrazić sobie, jak wyglądał. Zgodzili się, a my zmieściliśmy się w budżecie. Nasza praca jest teraz podawana jako przykład wzorowego działania. Ostatnio zrobiliśmy także projekt termomodernizacji zwykłych bloków z wielkiej płyty. Mają one jeden bardzo charakterystyczny element – okładzina prefabrykatów, z których zostały zbudowane, wykonana była z niewielkich płytek ceramicznych. I to właśnie one nas zainspirowały. W nowym projekcie postanowiliśmy zawrzeć wspomnienie o nich.

T.O.: – Szkoda tylko, że takie akcje są czasami źle odbierane przez część środowiska. Spotykamy się z zarzutami, że się wtrącamy, krytykujemy to, co robią koledzy, i to, co się dzieje w mieście. A my po prostu nie możemy patrzeć na to, co niesie chaotyczna fala termomodernizacji.

M.K.: – Wypowiadamy się w mediach tylko wtedy, kiedy w grę wchodzą środki publiczne. Pieniądze prywatnego inwestora to jego sprawa. Na przykład miasto jako inwestor postawiło fatalne termy nad jeziorem Malta czy stadion, który, delikatnie mówiąc, nie zachwyca. Można o tym mówić. Nowy dworzec kolejowy został zbudowany bez żadnej koncepcji. Trzeba było coś zrobić przed Euro 2012, czas uciekał, więc nad częścią peronów postawiono centrum handlowe. Śmieję się czasem, że jedyną inspiracją był tu legendarny skecz poznańskiego kabaretu Tey pod tytułem „Z tyłu sklepu”. Ludzie, którzy wysiadają z pociągu w Poznaniu, zamiast przechodzić przez reprezentacyjną bramę do miasta, trafiają na zaplecze sklepu.

 

Siedziba Gazety Wrzesińskiej
Siedziba Gazety Wrzesińskiej

– Czy dla Panów architektura jest bardziej misją czy bardziej biznesem?

T.O.: – Trudno odpowiedzieć jednoznacznie. W naszym przypadku koncepcje w ogromnej mierze zależą od inwestora, ale w ramach tej ścisłej współpracy cały czas próbujemy się realizować. Nie podchodzimy do architektury tak, jak część modernistów. W ich studiach z czterech kresek wstępnego szkicu pracownicy pieczołowicie przygotowywali wielkie dzieło, często przeskalowane, nierozsądne i nieefektywne. Nie jesteśmy takimi kreatorami. Architektura jest dziedziną wielowymiarową. Musimy uwzględnić budżet, wyobrażenia inwestora, kształt działki, otoczenie, prawodawstwo etc., a przy tym wszystkim zrobić mały kroczek do przodu. Wprowadzić coś nowego, jakieś rozwiązanie, ciekawą przestrzeń albo materiały. W tych wąskich ramach się poruszamy.

M.K.: – W centrum naszej pracy zawsze jest człowiek – klient, który do nas przychodzi.

T.O.: – Wyobraźmy sobie, że przychodzi inwestor, który chce zbudować stumetrowy wieżowiec w śródmieściu Poznania. Jako profesjonalni architekci jesteśmy w stanie taką inwestycję przeprowadzić. Mamy umiejętności warsztatowe, żeby ten budynek zaprojektować, umiejętności zawodowe, znamy prawo. Potrafimy nawet znaleźć argumenty wobec władz i odpowiednich służb, które decydują o pozwoleniu na budowę. Jesteśmy profesjonalistami. Jednocześnie, żeby podjąć się jakiegoś zadania, musimy być w stu procentach przekonani, że inwestycja ma sens, że nie zdegraduje otoczenia i będzie korzystna społecznie. Konieczna jest nasza wewnętrzna zgoda, że to, co robimy, jest dobre dla nas, dla inwestora, ale też dla miejsca, w którym projektowany budynek ma stanąć. Są sytuacje, w których można wyjść naprzeciw klientowi, i takie, kiedy nie jest to możliwe i lepiej tego nie robić.

 

– Dziękuję za rozmowę

Paweł Pięciak

Dom w szczerym polu
Dom w szczerym polu

 


 

Życiorys

Pracownia Ultra Architects została założona w 2004 roku przez Tomasza Osięgłowskiego i Marcina Kościucha. Ultra Architects w swoim dorobku mają projekty i realizacje budynków o różnorodnym charakterze i skali (domy jednorodzinne, budynki wielorodzinne, obiekty użyteczności publicznej). W roku 2009 zostali laureatami prestiżowej nagrody „European 40 under 40” i znaleźli się pośród czterdziestu najlepiej zapowiadających się młodych europejskich architektów. Mają na koncie nagrody w kilku konkursach architektonicznych. Ich projekty i realizacje publikowane były w polskiej i międzynarodowej prasie, na portalach internetowych oraz w ramach programów telewizyjnych. Najmniejszy zaprojektowany przez nich dom ma powierzchnię 6 m2 i powstał dla sześcioletniej dziewczynki Mai.


Galeria Zdjęć