Aktualności / Między architekturą a technologią

Między architekturą a technologią

Są uważani za tych, którzy rozumieją przestrzeń miasta i zależności w nim panujące. Projektują głównie w Warszawie, ale ich najbardziej znany budynek – BRE Bank – powstał w Bydgoszczy. W zeszłym roku obchodzili dwudziestolecie wspólnie prowadzonej pracowni. O architekturze i budowaniu mówią Andrzej Bulanda i Włodzimierz Mucha.


 

– Panowie są znani z tego, że traktują architekturę jako część większej całości, najczęściej miasta, jego uwarunkowań, klimatu i zależności. Dlaczego?

Andrzej Bulanda: – My to nazywamy po prostu kontekstem. W mieście ten kontekst jest wyrazisty, bo ma wiele płaszczyzn. W najprostszym wydaniu to jest przywołanie historii miejsca, urbanistyki, ale w gruncie rzeczy chodzi o genius loci. Nie chodzi o odtworzenie tego, co było, ale przywołanie ducha miejsca; zrozumienie, czym miejsce jest dla nas, a potem zaproponowanie optymalnego, naszym zdaniem, rozwiązania. Mamy generalną zasadę, że analizujemy przeszłość i staramy się budynek osadzić w przeszłości, ale on jest zawsze współczesny. Związek z kontekstem nie dotyczy stylistyki, bo istnieje coś takiego jak „architektura czasu”, czyli architektura, która się wyraża językiem współczesnym zarówno estetycznie jak i technologicznie. Coś, co kiedyś było zabiegiem inżyniersko-technicznym, dziś, jeśli zostanie powtórzone, jest już zabiegiem tylko estetycznym. Budowanie się zmieniło. Technologie pozwalają i zmuszają nas do stosowania innych rozwiązań niż w przeszłości.

 

– Czy ten kontekst bada się emocjonalnie, rozumowo, czy trzeba być wykształconym i umieć ułożyć na przykład jakieś równanie?

A.B.: – Nie ma recepty ani równania. Odczytanie miejsca jest pretekstem do rozpoczęcia działań. Odczytanie może być proste, gdy polega na odnalezieniu geometrii, linii zabudowy, wysokości zabudowy, takich gier geometrycznych. Jest to ważny aspekt, ale niewystarczający. Druga sprawa to koloryt, tektonika, detal. Trzecia kwestia to kontekst kulturowy, symboliczny. Jakiś dialog starego z nowym. Frapujące jest to, że potem widz, w zależności od poziomu wyrobienia i wrażliwości architektonicznej, może sobie sam budować kontekst, bo to jest sprawa osobista, osobiste odniesienie i rzutowanie własnych przeżyć na dane miejsce. Warszawa ma zupełnie inny kontekst dla przedwojennego mieszkańca, a inny dla dzisiejszego cudzoziemca, to samo miejsce fizycznie.

 

Stara papiernia, Konstancin-Jeziorna
Stara papiernia, Konstancin-Jeziorna

– Która Panów realizacja była szczególnie ciekawa, jeżeli chodzi o pracę z kontekstem?

Włodzimierz Mucha: – Budową wymagającą silnego wartościowania elementów, decydowania, co ma być rozebrane, uzupełnione, do czego dążymy, była Stara Papiernia w Konstancinie. Trudny punkt wyjścia, budynek ciekawy historycznie, ale zniszczony, wypalony. Chcieliśmy jak najwięcej substancji zachować. Stąd decyzja, że jedno skrzydło, śladowo zachowane, rozbieramy do zera, odzyskujemy autentyczną cegłę i wbudowujemy w drugie skrzydło, zachowane. Dzięki temu powstały dwa zróżnicowane skrzydła. Jedno jest właściwie autentyczne, a drugie wykonane ze współczesnych materiałów.

A.B.: – Papiernia jest przykładem działania, gdzie nie odtwarzaliśmy starego świata, ale wykreowaliśmy nowy w autorski sposób. Nie jest wierna historii. Uchodzi za przykład rewitalizacji, ale tak naprawdę jest kreacją. Odtworzyliśmy tylko układ urbanistyczny. Nie ma podręcznika z receptą „jak pracować w kontekście”. Przychodzi moment, gdy trzeba wyważyć racje, mieć własne zdanie i uderzyć, czyli wykonać właściwy gest: w prawo albo w lewo, nisko albo wysoko. Papiernia z naszego punktu widzenia była próbą wykreowania klimatu, bo autentycznego klimatu tego miejsca ani my, ani nikt dzisiaj nie zna w związku z upływem czasu i zniszczeniami. Wymyślaliśmy go ze strzępów, z ruiny, a później Papiernia została uznana za wzorowy przykład rewitalizacji. Ten projekt był dużo bardziej kreacyjny niż się wydaje.

 

– Czy Panowie przyznają się do czerpania z jakiegoś kierunku w architekturze, może do inspiracji jakąś szkołą?

W.M.: – Nie odważyłbym się. Może najbliżej z modernizmem, ale nie chciałbym być zaklasyfikowany jako ktoś, kto wyrasta z tej szkoły.

A.B.: – Nasze projekty same przemawiają. Na pewno byłby to racjonalizm. Czy modernistyczny czy neomodernistyczny, to już jest szufladkowanie. Na pewno jest mi bliski nurt poetyckiego modernizmu, idącego od Le Corbusiera, a może bardziej od jego ucznia Jerzego Sołtana, z którym miałem przyjemność jakiś czas przebywać i pod którego wpływem pewnie pozostaję. Jest to coś więcej niż sposób myślenia o architekturze w duchu czystego i prostego bauhausowskiego modernizmu. Jest to połączenie architektury z humanizmem i rozszerzenie myślenia o inne elementy, w tym zwłaszcza sztuki wizualne, nie tylko funkcjonalizm. Racjonalizm nie musi być zaprzeczeniem piękna i niepowtarzalności. Te kierunki w architekturze dzisiejszej, gdzie forma jest za bardzo dynamiczna, miękka, nieokiełznana, organiczna, nie przekonują mnie w ogóle, ale to nie jest kwestia architektury, tylko raczej filozofii życia: po co komplikować, gdy można upraszczać.

 

– Jak w Polsce przedstawia się – ogólnie – problem projektowania i budowania z uwzględnieniem kontekstu?

A.B.: – Problemem Polski nie jest to, że nowa architektura jest wstawiana w starą, tylko że została zerwana ciągłość kulturowa i po zniszczeniach wojennych ta ciągłość nie została odbudowana. Po wojnie weszła do Polski architektura totalitarna, prymitywna, bolszewicka, i wszystko zostało stłamszone. W związku z tym proces przejścia od starego do nowego jest pozbawiony dobrych wzorów. Dwadzieścia lat temu przyszła wolność, całkowita wolność, więc każdy zaczął robić to, co mu w duszy gra. Polska jest naprawdę śmietnikiem architektonicznym i to jest przerażające.

W.M.: – Ale ten śmietnik został też wygenerowany słabą urbanistyką wspartą prawem, dopuszczającym do zabudowy prawie wszędzie. Nie ma podziałów na tereny zurbanizowane, gdzie się inwestuje, i na tereny chronione, zielone. W Niemczech, jadąc samochodem, widzę miejsce, gdzie kończy się pole i potem widzę obszar zurbanizowany. Istnieje wyraźna granica. Nikt nie dostanie pozwolenia na budowę poza tym obszarem. To jest pierwsza zasada, od której mógłby zależeć ład publiczny. U nas na kawałku ziemi można w zasadzie zrobić wszystko, prawo to dopuszcza w różnych sytuacjach.

 

– W projekcie warszawskiego osiedla mieszkaniowego Cameratta Panowie zastosowali na elewacji szarą cegłę cementową, która jest pięknym materiałem związanym zwłaszcza z przedwojenną Warszawą. Znakomite reprezentacyjne budynki budowano wtedy z szarej cegły. Czy to był hołd złożony tamtym czasom?

A.B.: – To było bezpośrednie nawiązanie do szarych domów na Mokotowie, które stoją w okolicy. Cegła to piękny materiał dla mieszkaniówki, bo ona nadaje – w przeciwieństwie do kamienia i innych wyuzdanych materiałów – prostotę, zgrabność, taniość. O takie domy nam chodziło nawet wbrew temu, że miejsce okazało się ekskluzywne. Tylko że taki gest na elewacji ma już tylko charakter dekoracyjny, bo zmieniła się technologia budowania. Wracam do tematu ciągłości. Trudno byłoby zdecydować się na budowanie z szarej cegły, tak jak przed wojną, bo teraz jesteśmy związani, przykładowo, przepisami energetycznymi. Budowanie z cegły byłoby sprzeczne z duchem czasu.

W.M.: – Cegła jest szalenie przyjazna. Jest dobra dla mieszkaniówki o niewielkiej skali. Myśmy ją zastosowali tylko w dwóch pierwszych kondygnacjach, czyli jest to nawiązanie właściwie do zabudowy jednorodzinnej. Była to próba przywołania takiego odniesienia i jednocześnie zmniejszenia skali. W oryginalnym projekcie budynek frontowy też był w szarej cegle, ale inwestor uznał, że musi być kamień, bo to się przełoży na atrakcyjność. Kamień jest synonimem luksusu. Cegła nie jest uważana za materiał luksusowy. Moim zdaniem ten budynek, gdyby był w cegle, byłby lepszy, on został przerobiony na kamień.

 

– Mimo że to tylko elewacja, czyli nie ma wpływu na naprawdę ważne parametry budynku i mieszkań, to mieszkania gorzej się sprzedadzą, gdy ozdoba będzie z cegły, a lepiej, gdy z kamienia?

A.B.: – Tak. Każda współczesna ściana osłonowa jest ozdobą, bo tu już jesteśmy w gorsecie uwarunkowań energetycznych i technologii. Nie budujemy z cegły, tylko z betonu, a reszta to ozdoba. Konstrukcje są teraz robione z żelbetu i w ślad za tym idzie próba przeniesienia tego żelbetu do wnętrza w formie betonu licowego, z mniejszym lub większym skutkiem, bo tego w Polsce nikt nie potrafi zrobić. Z reguły kończy się to porażką i jakimś młotkowaniem czy malowaniem. No ale to jest to, co nas różni od świata cywilizowanego, czyli niedojrzałość technologiczna i brak zaplecza know-how w firmach wykonawczych. To jest przyczynek do konstatacji, że nie wszystko w architekturze ze świata warto kopiować. Coś, co w Europie jest rutynowym zabiegiem, prostotą wpisaną w doskonałość wykonawstwa, w Polsce jest niemożliwe do zrobienia. Jesteśmy na etapie lepianki technologicznej.

 

– Panowie w ciągu ostatnich 20 lat brali udział w około 100 konkursach architektonicznych. Co to daje?

A.B.: – Adrenalinę i sytuację kreacyjną.

W.M.: – Dobrze przygotowany konkurs jest najlepszym sposobem zdobycia kontraktu. Zaletą konkursu jest to, że w swej istocie jest skierowany na merytoryczne rozwiązanie tematu, a nie tylko na ustalenie ceny.

 

– Czego uczą konkursy?

A.B.: – Gdy człowiek pracuje nad tematem miesiąc, dwa, to zżywa się ze swoim rozwiązaniem, uwielbia je, przyzwyczaja się. Później idzie na wystawę pokonkursową i widzi, że jest 50 innych odpowiedzi, a część może być lepszych, i to jest fascynujące. Mamy duże doświadczenie i widzimy, jak w ciągu tych dwudziestu lat dokonała się rewolucja technologiczna. Zaczynaliśmy robić konkursy, rysując, kreśląc, klejąc. Teraz człowiek naciska guzik i wszystko idzie z komputera. Czy to dobrze czy źle, to inna sprawa. Polska znów jest tu specyficznym rynkiem, gdzie konkursy stały się zawodami na wizualizacje. Przestała się liczyć jakość rozwiązania i myślenie. To przerażające i niepotrzebne. W świecie rozwiniętym są dobre metody sprawdzenia jakości projektu. W Niemczech nie ma konkursu bez makiety i architekci grzecznie rzeźbią model z pianki albo z drewna. To skutecznie ogranicza pokusę tworzenia efektów niezwiązanych z architekturą.

 

Sala sportowa przy zespole szkół w Konstancinie-Jeziornie
Sala sportowa przy zespole szkół w Konstancinie-Jeziornie

– Jeżeli w ciągu ostatnich 20 lat dokonała się taka rewolucja w sferze projektowej, czy podobna zaszła w sferze budowlanej?

W.M.: – Współczesna budowa poprawiła się pod kątem organizacji jej procesu oraz kontroli. Firmy mają swoje biura, procedury. To pomaga przeprowadzić inwestycję. Z drugiej strony firmy, będąc nastawione na zysk, analizują projekt i szybko występują do nas o rozwiązania zastępcze, zamienniki materiałowe, po to, żeby budowa była tańsza. To powinno być oczywiście zabronione, dlatego że standard budowania zostaje określony na etapie projektowania. Są kosztorysy, jest budżet, i można oczekiwać, że tak będzie zbudowane, a jednak jest „dłubanie” w projekcie, często za zgodą inwestora. Takie dłubanie wychodzi bokiem, bo projekt na etapie rysowania jest zamknięty w sposób całościowy. Wyjmowanie z niego cegiełek zmierza do zniszczenia efektu.

A.B.: – 20 lat temu nie byliśmy konfrontowani z wielkimi budowami. Rynek budowlany okrzepł, to znaczy pojawiły się duże firmy, które standardy know-how wprowadzają. Kiedyś to było w powijakach. Plusem sytuacji sprzed 20 lat, tego okresu bardziej romantycznego, było to, że w Polsce sytuacja się gwałtownie zmieniła, wszyscy mieli zapał, chcieli coś zrobić i liczenie kosztów przybierające wymiar absurdalny schodziło na drugi plan. Było po prostu łatwiej pewne rzeczy zrobić. Dziś dyktat pieniądza jest tak silny, że trzeba różnymi metodami dochodzić swoich racji, sprytem, groźbą, prośbą doprowadzać swoje projekty do finału. Trzeba wartościować, co jest w projekcie najważniejsze, z czego nie wolno nam zrezygnować, bo koncepcja legnie w gruzach, a z czego można zrezygnować. W tym sensie rynek budowlany stał się bardziej biznesowy i nie zawsze to jest dobre dla architektury.

 

– Czy, projektując, architekt kalkuluje w ten sposób: kultura budowlana jest słaba, więc na wszelki wypadek zrezygnuję z dobrego, ale trudnego rozwiązania i od razu wprowadzę standardowe, może i gorsze, ale bezpieczniejsze, bo nie chcę mieć kłopotów?

W.M.: – Przeciwnie. Wolimy, mimo świadomości, że byłoby bezpieczniej zejść w dół, utrzymać w projekcie element, na którym nam zależy. Po prostu wiemy, że cokolwiek narysujemy, i tak wszystko może być dyskutowane i poddane ocenie wykonawcy. Jeżeli w naszym projekcie pojawia się, przykładowo, specjalna okładzina na elewacji, to wiemy, że już na wstępie ona może być krytykowana i w efekcie po analizach finansowych na elewacji pojawi się tynk. Tak może być, ale nie musi, bo nie widzimy powodu, żeby z tego rezygnować, widzimy w tym sens i staramy się tłumaczyć inwestorowi, że ten wyższy nakład jest istotny dla budynku.

A.B.: – Istnieje hierarchia elementów w projekcie i wiemy, że z pewnych mniej istotnych rzeczy możemy zrezygnować, a z innych, ważniejszych, nie możemy.

W.M.: – Staramy się nie uprawiać kompromisów, bo życie pokazuje, że kompromisy na etapie wykonawstwa są niedobre i zawsze szkodzą projektowi.

 

Siedziba firmy Corporate Profiles, Warszawa
Siedziba firmy Corporate Profiles, Warszawa

– Jaki jest Panów stosunek do nowości na rynku materiałów budowlanych?

A.B.: – Jesteśmy bombardowani do bólu różnymi technologiami, których nie jesteśmy w stanie przetrawić i to rodzi we mnie myśl, nie wiem, jak u innych, żeby iść w przeciwną stronę, czyli ograniczyć się na przykład do czterech materiałów i w nich projektować. Taka reakcja odwrotna. Nie mam potrzeby używania tych nowinek, nie byłoby czasu na projektowanie, gdyby człowiek miał siedzieć i czytać o takiej czy innej nowej szybie. Zastanawiałem się kiedyś, jak skutecznie archiwizować te rzeczy, żeby przy okazji je wykorzystać, ale też nie ma na to szans. Człowiek czasem łapie się na tym, że używa tych samych chwytów i to oczywiście sprzyja pewnemu ubóstwu, ale niestety tak to działa.

 

– Czy zdarzyło się Panom mieć w trakcie powstawania budynku tak złą sytuację wykonawczą, że trzeba było projekt ratować?

A.B.: – To jest permanentna sytuacja. Logistyka firm budowlanych wzrosła, ale chęć potanienia projektu różnymi metodami, poprzez zamienniki, poprzez korzystanie z niekompetentnych ludzi jest duża. Jesteśmy cały czas konfrontowani z parciem na zmiany. To jest walka. Abstrahuję od błędów, bo one się zawsze mogą zdarzyć, błąd trzeba po prostu naprawić.

W.M.: – W tej sprawie dużo ma do powiedzenia inwestor, wybierając wykonawcę. My ostrzegamy inwestora, że wykonawca jest ryzykowany, ale chęć potanienia budowy jest tak duża, że inwestor podejmuje ryzyko. Skutkuje to „rozkrokiem” budowy i prowadzi do rozczarowania, a odium zawsze spada na nas, chociaż my ostrzegaliśmy.

 

– Czy kultura budowania w Polsce podnosi czy obniża jakość powstającej architektury? Czy te rzeczy wpływają na siebie?

A.B.: – Obniża na etapie realizacji, ale obniża też filozofię projektowania, która z góry zakłada w projekcie przyszłe siermiężne wykonanie. Upraszcza się a priori detal, nie myśli się o pewnych rozwiązaniach. My wiemy, jak chcielibyśmy różne rzeczy zrobić, to dotyczy pewnych subtelności elewacyjnych, subtelności budowlanych we wnętrzach. Na świecie robi się takie rzeczy powszechnie, a w Polsce nikt ich nie zrobi. Uzna za nietypowe i podniesie cenę dwa razy, mimo że chodzi o rzecz tańszą, tylko wymagającą precyzji, fachowości. Wszystkie styki, wszystkie detale styków są w Polsce robione metodą „a nuż się uda”. Nie możemy się, przykładowo, doprosić, żeby drzwi były w futrynach bezopaskowych. W standardzie austriackim nie ma żadnych opasek, stoi rama a do ramy dochodzi ściana. Teoretycznie to jest banalne.

W.M.: – Te rzeczy na nas wpływają. Wiemy, że takich drzwi nie będziemy mieli i w związku z tym proponujemy jakieś rozwiązanie zastępcze, gdzie opaska jednak będzie. A my nie chcemy tak, chcielibyśmy to zrobić lepiej i prościej.

 

– Z jakiej realizacji jesteście Panowie najbardziej zadowoleni, jeśli chodzi o wykonawstwo?

A.B.: – Zdecydowanie z BRE Banku. Z racji na inwestora, który budował siedzibę dla siebie. Był gospodarzem. Nie był to budynek spekulacyjny, więc zależało mu na rozwiązaniach dobrych i nowatorskich. I to udało się wyegzekwować. W budynku robiliśmy również wnętrza, więc ten proces od architektury pudełka do wnętrz i mebli był w jednych rękach, czyli spójny. Dla nas był to czas romantyczny, to znaczy byliśmy młodzi, nie wiedzieliśmy, na jak głęboką wodę się rzucamy, ale rzeczywiście dużo czasu spędziliśmy na projektowaniu i nadzorach. Były w projekcie rzeczy trudne, jak bezgzymsowe dachy, które wykonawca zrobił szybciej i prościej niż się nam wydawało. Stoi już 15 lat i działa. Były rzeczy, które się wydawały banalnie proste, jak beton architektoniczny i tu akurat polegli. Musieliśmy wymyślać metody, żeby go cywilizować.

 

– Co będzie miało wpływ na przyszłość architektury w Polsce w ciągu najbliższych lat?

W.M.: – Na architekturę ma przede wszystkim wpływ prawo, a ono idzie w złym kierunku. Same kwestie technologiczne będą się poprawiać, będziemy równać z państwami rozwiniętymi, niemniej to będzie zależało od budżetów budów. Nie jestem optymistą, jeśli chodzi o rozwój architektury w Polsce. Będzie dobrze, jeśli ta linia będzie się podnosić bardzo powoli.

A.B.: – Miarą jest średni poziom architektury, a ten jest niski. Miarą nie są wybitne jednostki, które zawsze się znajdują, bo takie są prawa statystyki. W czasopismach branżowych nie pokazuje się prawdziwej architektury, tylko kilka procent tej najlepszej. Uczelnie kształcą coraz gorzej. Z jednej strony mamy globalizację, upowszechnienie wzorów, dostępność, wolność. Z drugiej podstawy projektowania nie funkcjonują. Generalizuję, bo jednostka wybitna sobie poradzi, ale przeciętny absolwent uczelni bez zrozumienia kopiuje pewne wzory i posiada małpią zdolność komputerową. To są dwie cechy uczenia w Polsce, brutalnie mówiąc. Młodzi nie wiedzą, po co rysują, i chyba zadają sobie mało pytań.

 

Klub sportowy DeSki, Warszawa
Klub sportowy DeSki, Warszawa

– A czy świadomość architektoniczna Polaków, świadomość przestrzenna i plastyczna zmienia się?

W.M.: – Największą rolę pozytywną, edukacyjną, zawsze odgrywa architektura, która już została zbudowana. I niestety, największą negatywną. Jeżeli dziecko codziennie patrzy na te same brzydkie budynki, to jako dorosły ma już zakodowane pewne wzorce i nie reaguje na brzydotę. W Polsce brzydota jest wszechobecna i to jest największy kłopot, że ona się w nas wtapia. Jeżeli widzimy, co nas otacza, to nie miejmy pretensji do dzieci, że mają mniejszą wrażliwość estetyczną, mniejsze wyczucie i obojętność dla przestrzeni. Ludzie mają zakodowane wzorce przestrzenne, tak jak w rodzinie, gdzie dzieci przesiąkają nami. Mamy pretensje do dzieci, że zachowują się tak czy inaczej, a pewnie sami tacy byliśmy.

 

– Dziękuję za rozmowę

Paweł Pięciak

 


 

Życiorys

Andrzej Bulanda – absolwent Wydziału Inżynierii Lądowej Politechniki Warszawskiej (1981) i Wydziału Architektury PW (1984), stypendysta Fundacji Kościuszkowskiej, autor „Rozmów o architekturze z profesorem Jerzym Sołtanem”. Od 1991 działalność w ramach Bulanda & Mucha Architekci.

 

 

 

Włodzimierz Mucha – absolwent Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej (1983), w latach 1984-1989 w Spółdzielni Pracy Twórczej Architektów i Artystów Plastyków „ESPEA”. Od 1991 działalność w ramach Bulanda & Mucha Architekci.

 

 

 

 

Ważniejsze obiekty zrealizowane według projektów pracowni Bulanda & Mucha Architekci:

Siedziba Corporate Profiles Warszawa Żoliborz (1994), budynek BRE BANK w Bydgoszczy (1995), rozbudowa starej papierni na centrum handlowe w podwarszawskiej miejscowości Konstancin-Jeziorna, rozbudowa Biblioteki Publicznej w Warszawie (realizacja w toku), sala sportowa w podwarszawskiej miejscowości Konstancin-Jeziorna (2005), zespół mieszkaniowy Cameratta w osiedlu Eko-Park w Warszawie (2006), budynek apartamentowy Piękna 3 w Warszawie, klub sportowy DESKI w Warszawie.

Architekci są laureatami wielu nagród, w tym w roku 2007 III nagrody w konkursie Polski Cement w Architekturze za projekt sali sportowej przy zespole szkół w Konstancinie-Jeziornie.


Galeria Zdjęć