Aktualności / Kilka pokoleń architektury

Kilka pokoleń architektury

Dopiero jako dojrzały człowiek uświadomiłem sobie, że moi profesorowie, którzy pochodzili ze Lwowa, i za Boga by się nie przyznali, że mają coś wspólnego z istniejącym ustrojem socjalistycznym, uprawiali historię architektury w kategoriach marksistowskich.


 

Dom energooszczędny – zrealizowany m.in. na stałej wystawie budownictwa w Warszawie – 1990 r. arch. arch.: Krzysztof Domaradzki, Olgierd Dziekoński
Dom energooszczędny – zrealizowany m.in. na stałej wystawie budownictwa w Warszawie – 1990 r. arch. arch.: Krzysztof Domaradzki, Olgierd Dziekoński

– Pana pradziadek, Józef Pius Dziekoński, był na przełomie XIX i XX wieku jednym z najbardziej popularnych architektów na ziemiach polskich. Architektem był dziadek Tomasz, a potem oboje Pana rodzice. W domu mówiło się o tradycji architektonicznej?
– Nie mówiło się specjalnie dużo, bo dla moich rodziców najważniejsze były aktualne problemy. Rodzice byli bardzo zajęci, wiele projektów konkursowych czy opracowań robili w domu, już po przyjściu z pracy. Były dyskusje o architekturze, ale tej najbardziej współczesnej, nie w kontekście historii rodziny, tylko w kontekście tego, co się wtedy aktualnie działo.

Plan szczegółowy osiedla domów jednorodzinnych Nadarzyn-Kolonia, 1984 r. arch. arch.: Krzysztof Domaradzki, Olgierd Dziekoński, Zbigniew Garbowski, Dariusz Śmiechowski
Plan szczegółowy osiedla domów jednorodzinnych Nadarzyn-Kolonia, 1984 r. arch. arch.: Krzysztof Domaradzki, Olgierd Dziekoński, Zbigniew Garbowski, Dariusz Śmiechowski

– Działalność Pana ojca, Marka Dziekońskiego, to okres powojennego modernizmu, który łączył się z wiarą w inżynierię społeczną i wiarą w możliwość budowania lepszego społeczeństwa, także poprzez architekturę.
– Najlepiej pamiętam, jak mieszkaliśmy w Tychach, dokąd rodzice przeprowadzili się w 1959 roku po wygraniu konkursu na budynek Panoramy Racławickiej we Wrocławiu. Konkurs wygrali tuż po studiach i od razu dostali ofertę pracy w Tychach przy budowie nowego miasta. Warunki były bardzo dobre, to znaczy możliwość mieszkania w domku szeregowym przy ulicy, gdzie od razu utworzyło się coś w rodzaju kolonii młodych architektów, którzy przyjechali do Tychów z całej Polski. W pobliżu mieszkało kilka znajomych rodzin w podobnym wieku, co moi rodzice, i chyba o podobnych poglądach. Wyczuwało się, że jest nastrój wspólnej pracy, wspólnych imienin, rozmaitych spotkań koleżeńskich i rozmów.

– Tychy to było, może nie każdy wie, socjalistyczne miasto eksperymentalne, budowane dużym nakładem sił od lat pięćdziesiątych.
– Tychy były laboratorium architektury i nowoczesnej urbanistyki w Polsce. Rzeczywiście, to było nowe miasto, do którego przyjeżdżali architekci i urbaniści ze świata. To był też w jakimś sensie eksperyment organizacyjny poprzez osobowości głównych projektantów, Kazimierza Wejcherta i Hanny Adamczewskiej. Gdzieś w powietrzu unosił się taki etos wartości kreacyjnych i on miał wpływ na rodziców. Koniec lat pięćdziesiątych był przełomem po epoce socrealizmu, i z jednej strony szukano otwarcia i nowego ducha w modernizmie, a z drugiej strony realia były takie, że dawała się we znaki dość prostacka ekonomizacja. W tym wszystkim rodzice, mam wrażenie, umieli zachować niezależność poglądów. Nasz dom był ważną częścią pracy zawodowej rodziców, więc jako chłopak uczący się w szkole średniej miałem możliwość uczestniczenia w robieniu modeli, w kreśleniu, w oglądaniu tego, nad czym oni pracują. To mnie naturalnie wprowadziło do zawodu i dyskusja o historii już nie była potrzebna. Potem pojechałem na studia do Wrocławia.

– Czy w okresie obowiązującej nowoczesności i modernizmu było jakieś zainteresowanie architekturą dawniejszą? Czego Pan się dowiedział na ten temat?
– Dopiero jako dojrzały człowiek uświadomiłem sobie, że moi profesorowie, którzy pochodzili ze Lwowa, i za Boga by się nie przyznali, że mają coś wspólnego z istniejącym ustrojem socjalistycznym, uprawiali historię architektury w kategoriach marksistowskich. To jest ciekawe, że ta historia architektury była bardzo związana z kształtowaniem się konstrukcji i potrzeb funkcjonalnych, które z kolei miały mieć decydujący wpływ na kształt architektury. Czyli katedry gotyckie nie dlatego były pięknymi katedrami, bo biegły do Boga, tylko dlatego, że udało się wymyślić nowe przypory i jak gdyby ta ekonomika projektowania i wykonywania budowli powodowała, że kościoły już były strzeliste, gotyckie, a nie romańskie, jak wcześniej. Tak naprawdę uświadomiłem sobie ten marksistowski wpływ na procesy rozumowania i widzenie rzeczywistości znacznie później.

– Zetknął się Pan wtedy z architekturą Wrocławia, która w okresie powojennym była interesująca, inna, chyba bardziej swobodna niż w innych polskich miastach. No i całe dziedzictwo niemieckie, przedwojenne. Ciekawa mieszanka.
– Z jednej strony uczyliśmy się architektury polskiej z podręcznika wydanego w Londynie, który opisywał architekturę polską na Kresach. Czarna Kamienica we Lwowie była w tym podręczniku. A z drugiej strony był ten problem intelektualny, trochę ukryty i do dziś nierozwiązany, czyli szukanie tego, co jest polskie w architekturze Śląska. Człowiek chciałby w sensie kulturowym opanować, rozpoznać miejsce, w którym mieszka. To jest normalne, że szuka się jakichś korzeni. We Wrocławiu było to trudne intelektualnie wyzwanie, bo jeżeli można tam oglądać takie budowle jak hala ludowa Berga, dom studencki Scharouna, dom towarowy Mendelsohna, to żyjemy w architekturze bardzo określonej i jednoznacznej. I wraca pytanie: gdzie jest ta nasza architektura rodzima, tożsama. Gdy patrzyłem na powojenną architekturę Wrocławia, nawet tę robioną później przez moich rówieśników, to widziałem, że wrocławska architektura częściej niż gdzie indziej szła w kierunku rozwiązań takich stricte formalnych. Moja hipoteza jest taka, że trudność z wygenerowaniem tożsamości kulturowej w lokalnej przestrzeni powodowała szukanie bardziej formalnych eksperymentów. Trudno było kontynuować lokalne wątki, bo one były zewnętrzne, nie można było robić tego, co robili „oni”, czyli Niemcy. Może nikt tego głośno nie wypowiedział, ale taki był duch czasów i chyba on trwa do dnia dzisiejszego.

– Chciałbym przejść do prehistorii. Józef Pius Dziekoński żył długo, jest znany przede wszystkim z kilkudziesięciu monumentalnych kościołów, które zaprojektował w obowiązującym w XIX i na początku XX wieku duchu historycznym. Pan kształcił się w latach dominacji architektury „nowoczesnej”, kiedy mówiło się źle o tej architekturze. Ciekawe, że teraz opinia o tamtych czasach jest dokładnie przeciwna. Jak Pan odbierał prace Józefa Dziekońskiego?
– Sytuacja nie była tak jednoznaczna. Jak pan się uczył historii architektury, to zadaniem było opanować rzut i elewację katedry gotyckiej. W czasie moich studiów to było zadanie na egzaminie, może teraz nie ma obowiązku rysowania odręcznego, ale kiedyś był. Człowiek musiał znać te dziesięć czy dwadzieścia rzutów elewacji gotyckich kościołów z całego świata, z Francji, z Polski. Jeżdżenie w lecie na praktyki studenckie polegało między innymi na mierzeniu kościołów i innych obiektów. W związku z tym historyzm epoki Józefa Piusa nie był dla mnie niczym szczególnym. Uważałem, że wtedy budowano w taki sposób, a teraz szuka się po prostu czegoś innego. Uczył mnie słynny profesor Guerquin, który, proszę sobie wyobrazić, sam był uczniem mojego pradziadka na Politechnice Warszawskiej. W związku z tym, idąc do niego na egzamin, nauczyłem się bardzo dobrze epoki, w której działał Józef Pius, i nie zawiodłem się, bo wziął mnie pod ścianę i powiedział: „Muszę pana przepytać, ale pan już wie z czego”. Rzeczywiście wiedziałem.

– Czy patrzenie na to, co robił Marek Dziekoński i świadomość, że kiedyś działał ktoś taki jak Józef Dziekoński miały wpływ na Pana? Czy takie rzeczy mają znaczenie?
– Jeżeli patrzę wstecz, to czuję satysfakcję, w tym sensie, że gdy przyjeżdżam czasem do Panoramy Racławickiej, która też jest pięknym budynkiem, to wiem na przykład, że ojciec w jednym miejscu odcisnął swoje imię i nazwisko w tym betonowym tympanonie. Mnie zajmowały sprawy bieżące, wiedziałem, że nie będę projektował tak jak ojciec, ani tak jak pradziadek. Każdy niech szuka swojej drogi. Zresztą w ramach tej indywidualnej drogi, gdyby podsumować, to udało mi się z kolegą zrobić trochę architektury właśnie historyzującej. Czymś takim jest osiedle Nadarzyn-Kolonia, które powstało koło 1980 roku. Podobnie było przy formule domu polskiego, który stworzyliśmy z Krzyśkiem Domaradzkim. Pierwsi w Polsce lansowaliśmy formułę domu polskiego, ale to nie było wymyślone w głowie, tylko wyjęliśmy stare wzorniki architektury polskiej z około 1914 roku, które robiło koło architektów ze Lwowa. To ćwiczyliśmy. Badaliśmy też fenomen urbanizacji podmiejskich, ideę miast-ogrodów na przykładzie Podkowy Leśnej, która ma swoje źródło też w XIX wieku i książkach Ebenezera Howarda.

– Ludzie pokolenia Józefa Dziekońskiego w okresie zaborów właściwie nie mieli możliwości kształcenia się na ziemiach polskich, więc przyszli inżynierowie, architekci, konstruktorzy, mostowcy, jeżeli chcieli coś w życiu osiągnąć, musieli jechać na naukę do Petersburga, jak Pana pradziadek, albo do Wiednia czy Berlina.
– Tak jak w życiu, nieważne gdzie się kształcili, ważne, że potem przenosili na teren Polski dobre doświadczenia z tamtych miast i z życia osobistego. Józef Pius był na przykład pierwszym dziekanem Wydziału Architektury na Politechnice Warszawskiej. Jak kiedyś powiedział ojciec, pewnie dlatego, że nie znaleźli nikogo starszego. Być może. Ale też zakładał Towarzystwo Opieki nad Zabytkami. Dlaczego? Uważał, że zabytki architektury polskiej są elementem trwałości kultury, a trwałość kultury polskiej jest czymś, co w tamtych realiach miało ogromne znaczenie w wymiarze geopolitycznym. Kiedy się mówi o neogotyku propagowanym przez pradziadka, który jest nazywany gotykiem nadwiślańskim, to Józef Pius uważał go po prostu za kontynuację budowania tożsamości polskiej. Chciał kontynuować tradycję polskiej kultury, tak jak ją sobie wyobrażał. To jest ciekawa kwestia, która dzisiaj zanika, ku mojemu zdziwieniu. Chodzi o architekturę, która jest przejawem tradycji miejsca, nie chcę nadużywać słów „tradycji narodowej”. Jeżeli pan pojedzie do Lwowa, to może pan powiedzieć, że tak wyobraża sobie architekturę polską. Kraków jest nawet mniej polski w wymiarze architektury niż Lwów. Na czym to polega? Nie do końca wiadomo, ale jest duch architektury polskiej, tak jak da się rozpoznać architekturę skandynawską, angielską czy inne. To jest to, co Niemcy nazywają „kulturą budowania”. Dzisiaj wątek architektury rodzimej zanika. Może globalizacja jest temu winna, ale jeżeli w okresie międzywojennym architekci cały czas zastanawiali się, co i jak robić, żeby kontynuować architekturę rodzimą, to teraz właściwie wszyscy boją się tych słów. Prawie nie mówi się o architekturze miejsca, architekturze rodzimej, mającej cechy tej lokalności.

– Wstyd jest pytać o takie rzeczy, bo wychodzi się na kogoś nienowoczesnego.
– Mnie historii architektury uczono, jak mówiłem, w rozumieniu filozofii marksistowskiej albo lepiej należałoby powiedzieć – materializmu historycznego. Czyli forma i funkcja kształtują rzeczywistość ducha architektury. „Baza przejawia się w kształcie nadbudowy”. Nie wiem, czy dzisiaj w podobny sposób się rozumuje, ale ten antropologiczny wymiar architektury w ten sposób zupełnie znikał. Nie istniał w ogóle. Jeżeli chcemy dziś szukać wyrazu architektury rodzimej, to można go szukać też w nowoczesności. Gdy mowa o funkcjonalizmie czy modernizmie, to widać, że przedwojenny polski modernizm był czymś innym od modernizmu holenderskiego czy niemieckiego. Jak mówiłem, nie do końca da się te rzeczy zdefiniować, ale dobrze widać różnice. One wyrażają innego ducha. Czyli nawet modernizm pozwala na to, żeby to był modernizm swojski. Trzeba tylko najpierw zrobić wysiłek i intelektualnie rozpracować te problemy.

Katedra św. Floriana – arch. Józef Pius Dziekoński
Katedra św. Floriana – arch. Józef Pius Dziekoński

– Dwudziestolecie międzywojenne wykonało w tym sensie dużą pracę. Wypracowało formy i kształty bazujące na polskiej tradycji, z czego korzystały nie tylko architektura, ale nawet masowe wzornictwo, jak spółdzielnia „Ład”, która była czymś w rodzaju oficjalnej sztuki II Rzeczpospolitej.
– Przed stanem wojennym był kongres UIA w Warszawie i przy okazji oprowadzałem po Warszawie kolegów architektów ze świata. Chciałem im pokazać ducha architektury polskiej. Byliśmy w Szkole Głównej Handlowej. Ten budynek jest w kształcie jakiegoś „zamku urbanistycznego”, świątyni wiedzy zbudowanej na bazie czworokąta. Niewiarygodnie piękna rzecz o nastrojach, które czarują ludzi. To jest architektura nowoczesna, ale osadzona w kulturze polskiej. To, co zrobił Koszyc-Witkiewicz z gmachem głównym czy z aulą, to jest finezja. Budynek jest i nowoczesny, i konstruktywistyczny, i funkcjonalny, a równocześnie wyrasta z klimatu historycznego.

– Pewną trudność sprawia to, że w bardzo pogmatwanej historii Polski, ciągłe zmiany granic, ustrojów politycznych etc., nie jest łatwo wskazać jakieś oczywiste, jednolite cechy charakterystyczne, które da się od razu nazwać „architekturą polską”.
– Cechą charakterystyczną architektury w Polsce zawsze było to, że miała w sobie elementy wielu zapożyczeń. Począwszy od nastrojów willi włoskiej, która się przeniosła na ziemie północne. Tak zwany dworek polski z okresu przedwojennego ma w sobie coś z włoskiej willi, ma też elementy, które dzisiaj by się nazwało ekologicznymi, z dużym obszarem dachu, szerokimi okapami etc. Ja zresztą w latach 70. w moich studiach nad architekturą rodzimą szukałem wzorów, które można by szerzej promować. Przejrzałem dokładnie starą encyklopedię Glogera, gdzie są przykłady dworu polskiego. Polecam tę lekturę. Okazuje się, że to, co człowiek sobie współcześnie wyobraża jako archetyp polskiego dworu, który jest czysty i elegancki, nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością. Prawdziwy dwór był zwykle nieforemną bryłą, dosyć przaśną, z różnymi przybudówkami i elementami dekoracyjnymi. To, co się wydaje archetypem polskiego dworu zostało w pewnym sensie później wymyślone, to znaczy powstała pewna synteza wyobrażeń, jak idealny polski dwór mógł wyglądać. Nie miało to wiele wspólnego z prawdą historyczną.

– Czy ma Pan jakiś ulubiony sposób organizacji przestrzeni?
– Dobry, czyli taki, gdzie jest po pierwsze ten kontekst miejsca, że to miejsce jest czymś szczególnym, a po drugie ma element publicznego dostępu, czyli ma kontekst społeczny. Dla mnie bardzo ważne jest wejście do wnętrza architektury i zobaczenie, co się dzieje w środku. Tak naprawdę większość czasu spędzamy w budynkach, nie oglądając ich na zewnątrz. Dopiero ta relacja między wnętrzem architektury i tym, co się dzieje na zewnątrz tworzy dobrą przestrzeń. Te rzeczy się przeplatają ze sobą. Ojciec mnie nauczył takiego patrzenia na architekturę i pod tym względem dużo mu zawdzięczam. Nawiasem mówiąc, wątek społeczny gdzieś się zawsze w tle pojawia w architekturze. Kiedy w latach osiemdziesiątych z kolegą analizowaliśmy i rysowaliśmy projekty miasta-ogrodu, czytałem dużo literatury brytyjskiej, nieprzetłumaczoną wtedy jeszcze książkę Howarda z końca XIX wieku, wydaną po raz pierwszy pod tytułem „Pokojowa droga do prawdziwej reformy”. To był czas, gdy Engels napisał „Kwestię miejską”, w której oskarżył brytyjski system ekonomiczny i polityczny o ciemiężenie robotników i z Marksem zaproponowali swoje rozwiązania. A Howard poszedł inną drogą, i starał się pokazać, że siły rynkowe przy odpowiednim sterowaniu mogą służyć do tworzenia pięknego świata. Jego koncepcja była – dziś byśmy powiedzieli nowoczesnym językiem – koncepcją „sustainable city”, czyli miasta zrównoważonego, gdzie zdolność pracy działa wspólnie z jakością otoczenia i tym zdrowym życiem, higieną życia. To jest bliskie współczesnej koncepcji zrównoważonego rozwoju.

Budynek muzeum Panoramy Racławickiej – arch. Marek Dziekoński
Budynek muzeum Panoramy Racławickiej – arch. Marek Dziekoński



– Miał Pan związki z architekturą energooszczędną, ekologiczną? Co to było?
– W latach osiemdziesiątych, kiedy prawie nikt nie myślał w tych kategoriach, prowadziliśmy z kolegą Domaradzkim badania na ten temat. Wybudowaliśmy pierwszy tego typu dom przy ulicy Bartyckiej w Warszawie. Dom miał być promocją budownictwa energooszczędnego. Jest to budynek drewniany z zewnątrz. Trochę wzorowaliśmy się na stylu skandynawskim, gdzie łatwiej da się uzyskać wysokie standardy cieplne. Dom oparty był na zasadzie, że w środku jest ściana akumulacyjna, duża ściana betonowa, która trzymała budynek jako szkielet, a jednocześnie miała być wymiennikiem ciepła dla ogrzewania powietrznego. Chodziło o stworzenie dosyć prostego mechanizmu rekuperacji, żeby to było efektywne energetycznie, a jednocześnie żeby forma domu była przyjazna w sensie kulturowym, żeby nie było to jakieś dziwactwo technologiczne. Wypracowaliśmy taki projekt myśląc, że da się wejść na rynek z taką formułą. Skąd takie zainteresowanie – inspiracją była działalność mojej matki, która od bardzo dawna jest aktywna w sprawach ekologicznych. W latach osiemdziesiątych to były nowinki.



– W Polsce w ciągu kilku najbliższych lat miliardy złotych będą przeznaczane na nową infrastrukturę. W powszechnym rozumieniu infrastruktura jest uważana za coś tylko technicznego, co z architekturą nie musi mieć nic wspólnego. W ten sposób Polska może stracić szansę na prawdziwe podniesienie jakości życia przez podniesienie jakości przestrzeni. Czy zgodzi się Pan, że jest takie niebezpieczeństwo?
– To jest duży problem polskiej rzeczywistości, bo kiedy się patrzy na mosty, drogi, kanały, wszystko to, co się wydaje techniczne, to można odnieść wrażenie, że ludziom nie zależy na wymiarze kulturowym działalności. A jakość środowiska zbudowanego zaczyna być podstawowa w rzeczywistości globalnej konkurencji. W globalnym świecie, gdzie bardzo łatwo jest się poruszać, łatwo zmieniać miejsca zamieszkania i zarabiania pieniędzy, miejsca są wartościowane na te, w których człowiek się dobrze czuje albo źle czuje. To jest związane z wymiarem technicznym, dobrą drogą, transportem publicznym, sposobem organizacji przestrzeni, ale też wymiarem estetycznym, to znaczy z pytaniem: „czy to mi się podoba, czy to jest ładne, czy brzydkie”. Te słowa „ładne” i „brzydkie” zaczynają być coraz ważniejszym kryterium dla wyboru ekonomicznego. Jeżeli Polska chce być krajem konkurencyjnym, to musi pamiętać o wymiarze estetycznym przestrzeni. Innowacyjną gospodarkę coraz częściej rozumie się jako „jakość kultury produktów”. Pierwsze komputery były robione przez inżynierów. Potem zapraszano stylistów i designerów. Dziś auto sprzedaje się, bo ma taki lub inny kształt. Zespoły techniczne są często z tej samej fabryki, są takie same. Sprzedaje się kształt, to, co widać. Bez zrozumienia tego Polska może przegrywać rywalizację z innymi krajami.

– Ludzie uważają, że estetyka jest czymś dodanym, oderwanym od funkcjonalności. A prawda jest chyba taka, że pięknie zaprojektowana przestrzeń jest równocześnie funkcjonalna, komfortowa i dobrze rozwiązuje problemy. Widać to na przykładzie wielu miast Europy Zachodniej. To są wątki, które idą ze sobą w parze.
– Problem w tym, że my wszyscy niesiemy ze sobą pewien bagaż intelektualny, to znaczy spuściznę traktowania estetyki jako dodatku, czyli nadbudowy w rozumieniu marksistowskim. Traktuje się estetykę jako rzecz wtórną wobec rzeczywistości, a siły wytwórcze traktuje się jako podstawę. Na końcu ewentualnie można dopuścić malarza, żeby pomalował. Tymczasem wymiar kulturowy jest taką samą częścią zrównoważonego rozwoju jak technologia, technika, energia czy ekonomia.

– Dziękuję za rozmowę.
Paweł Pięciak

 


Życiorysy

OLGIERD DZIEKOŃSKI
OLGIERD DZIEKOŃSKI

OLGIERD DZIEKOŃSKI, architekt, wiceminister infrastruktury od jesieni 2007. Urodził się w 1950 roku. Ukończył w 1975 r. Wydział Architektury Politechniki Wrocławskiej. Asystent na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej w Instytucie Planowania Przestrzennego 1974-1984. Wiceprezydent Miasta st. Warszawy w latach 1990-1994 oraz 1999-2000. Współtworzył warszawską samorządność po demokratycznym przełomie w 1990 roku. Twórca i pierwszy prezes Agencji Rozwoju Komunalnego, wspierającej samorządy w Polsce (ARKA) w latach 1994-1999. W latach 2000-2001 podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju Regionalnego i Budownictwa. Ma ponadtrzydziestoletnie doświadczenie w planowaniu, projektowaniu i zarządzaniu rozwojem miejskim oraz wdrażaniu publicznych projektów inwestycyjnych. Autor planów i projektów urbanistycznych, sporządzanych w ramach Spółdzielni Pracy Twórczej Architektów i Artystów Plastyków ESPEA. Specjalizuje się w problematyce gospodarki przestrzennej i regionalnej, inwestycji komunalnych i planowaniu rozwoju. Posiada uprawnienia do projektowania w planowaniu przestrzennym i architektonicznym. Ekspert programów rozwoju lokalnego i regionalnego.

MAREK DZIEKOŃSKI (1930-2002), architekt, absolwent Politechniki Wrocławskiej (1955). W roku 1957 razem z żoną Ewą wygrał konkurs na projekt budynku dla Panoramy Racławickiej. W wyniku przeszkód natury politycznej budynek został ukończony i oddany w użytkowanie dopiero w połowie lat 80. i od tego czasu jest jednym z obiektów będących symbolem Wrocławia. Marek Dziekoński w 1959 roku przyjął propozycję generalnych projektantów miasta Tychy i przez prawie 20 lat pracował w tym mieście. Projektował klub górniczy, lodowisko, wysokie budynki mieszkalne, budynki Zakładu Elektroniki Górniczej, domy jednorodzinne. Po powrocie do Wrocławia projektował kościół w Brzegu, sztuczne lodowisko we Wrocławiu, hotel pielgrzyma na Ostrowie Tumskim. Pasją Marka Dziekońskiego było rysowanie. W znakomitych rysunkach piórkiem utrwalał ginące obiekty architektury drewnianej.

JÓZEF PIUS DZIEKOŃSKI (1844-1927) architekt, absolwent cesarskiej Szkoły Sztuk Pięknych w Petersburgu. Do historii architektury Dziekoński przeszedł jako twórca kościołów, w tym wielu monumentalnych, jak katedra na warszawskiej Pradze i katedra w Białymstoku. Poza tym projektował eleganckie kamienice, a także banki, szpitale, mauzolea. Był znawcą i miłośnikiem architektury średniowiecznej. W swojej twórczości starał się podkreślać pierwiastki polskie, stąd m.in. stosowanie nietynkowanej cegły w elewacjach. Od 1893 r. współpracował z Komisją do Badań Historii Sztuki w Polsce, działającą przy krakowskiej Akademii Umiejętności, a w 1906 r. z innymi społecznikami założył Towarzystwo Opieki nad Zabytkami Przeszłości, pierwszą tego typu instytucję w Królestwie Polskim. W jej ramach zajmował się problemami konserwacji zabytków architektury. Działał również w warszawskim Kole Architektów i Związku Budowniczych. W latach 1915-1917 był pierwszym dziekanem Politechniki Warszawskiej oraz jej honorowym profesorem. W uznaniu jego zasług w 1919 r. otrzymał tytuł doktora nauk technicznych honoris causa Politechniki Lwowskiej.


Galeria Zdjęć