Aktualności / Zafascynowany ciągłością

Zafascynowany ciągłością

Kiedyś się uważało, że budynki są budowane na wieczność, potem, że muszą stać sto, sto pięćdziesiąt lat, a w chwili obecnej mówi się, że powinny wytrzymać do ostatniej raty kredytowej. Jest jakieś dziwne przyspieszenie – uważa warszawski architekt Jerzy Bogusławski.


 

– Projektuje Pan z powodzeniem architekturę całkowicie współczesną w wyrazie, a równocześnie zajmuje się adaptacją, rozbudową, rewaloryzacją starych budynków, najczęściej zabytkowych. Lubi Pan ingerować w przestrzeń historyczną. Skąd takie połączenie?

– Mnie fascynuje coś, co się nazywa kontynuacją, albo ciągłością, na przykład kontynuacja starej zabudowy za pomocą nowoczesnych środków wyrazu. Gdy zaczynałem pracować jako architekt, to chciałem nauczyć się dawnej sztuki budowlanej. Chciałem nauczyć się rzemiosła. Poznałem stare techniki budowania murów, rodzaje zapraw, uczyłem się robienia stiuków, sztukaterii, detali, czyli tego wszystkiego, o czym się teraz zapomina i czego się nie stosuje. Nikt teraz nie ciągnie stiuków, w każdym razie w klasycznej formie się tego nie robi. Uważałem, że znajomość takich technologii pozwoli mi na większe pole manewru i będę mógł operować środkami wyrazu, które zostały zapomniane. Poznałem te rzeczy, po czym z nimi zerwałem, zakładając własną pracownię architektoniczną na początku lat 80. W tej chwili 80 procent moich projektów to architektura współczesna, ale bardzo dbam, żeby w pracowni zawsze były dwa, trzy tematy związane z dawną architekturą.

 

– Jeśli pominąć obiekty zabytkowe, które, z definicji, funkcjonują w pewnym oderwaniu od życia codziennego, to czy architektura, która otacza nas ze wszystkich stron na co dzień, jest rzeczą trwałą? Tak podpowiada intuicja. Czy trwałość jest cechą architektury?

– Kiedyś się uważało, że budynki są budowane na wieczność, potem, że muszą stać sto, sto pięćdziesiąt lat, a w chwili obecnej mówi się, że powinny wytrzymać do ostatniej raty kredytowej [śmiech]. Kredyt jest najczęściej na 30 lat, i dewelopera interesuje, żeby budynek na pewno nie rozleciał się przed tą ostatnią ratą. Jest jakieś dziwne przyspieszenie. Mój brat, który jest ode mnie znacznie starszy, mieszka w Norwegii i zaprojektował tam wiele obiektów, mówił mi, że przestał się przejmować pojęciem trwałości w architekturze, gdy sam musiał wyburzać własne budynki i stawiać na ich miejsce nowe. Poprzednie podobno się zestarzały, a minęło tylko jedno pokolenie. Nie burzyli przecież czegoś, co umarło śmiercią techniczną, nie, te budynki były bardzo dobre, tylko w tym miejscu coś innego zaczęło się opłacać.

 

– Może opinia, że architektura jest niezniszczalna i wiecznotrwała, jest już nieaktualna?

– Zastępowanie starej architektury przez nową zawsze miało miejsce, tylko tempo tego procesu jest teraz coraz szybsze. Problem się pojawia, gdy zaczynają znikać rzeczy bardzo wartościowe. W Polsce ginie w tej chwili ogromna ilość wartościowych budynków. Powszechny pogląd jest taki, że to, co wartościowe, przede wszystkim musi być stare. Gdy budynek kończy 50 lat, można zacząć się zastanawiać, czy jest ważny dla dziedzictwa narodowego. To błąd. Kryterium wieku powinno być tylko dodatkowe. Budynki powinny być oceniane przede wszystkim jako dzieła architektury. W ciągu ostatnich lat w Warszawie zostały rozebrane tak wspaniałe realizacje z lat powojennych, jak Supersam, „Warszawianka” czy pawilon „Chemii”, znakomite przykłady architektury nowoczesnej. Uwolniły grunt pod nowe obiekty. Trzeba powiedzieć ostro, że to niszczenie kultury. Nie znam nikogo, kto by uważał, że warszawski Supersam nie był projektem absolutnie nowatorskim w skali europejskiej.

 

– Jednym z takich utraconych bezpowrotnie przykładów architektury współczesnej jest słynny pawilon „Chemii”, którego autorem był pański ojciec, znakomity warszawski architekt Jan Bogusławski.

– Ze wszystkich powojennych warszawskich pawilonów pawilon „Chemii” był jednym z najlepszych, miał nowatorską konstrukcję i znakomitą przestrzeń. Zachwycał lekkością rozwiązań konstrukcyjnych. Gdy niedawno do Warszawy przyjechał ze Szwajcarii projektant Muzeum Sztuki Nowoczesnej Christian Kerez, spytał mnie, czy mógłbym go oprowadzić z jego studentami po pawilonie „Chemii”. Uważał, że to jedno z najlepszych dzieł w Europie, modelowo rozwiązane. Musiałem mu odpowiedzieć, że niestety kilka dni wcześniej pawilon został zrównany z ziemią. Z innych budynków, które chciał pokazać swoim studentom, mniej więcej połowa już nie istnieje. W pewnym momencie ludzie się obudzą i stwierdzą, że dziedzictwo lat 60. i 70. trzeba chronić, ale do ochrony pozostanie już tylko słynna Rotunda PKO, która ze wszystkich warszawskich pawilonów jest akurat najsłabsza, ma ciężką konstrukcję i jest nieproporcjonalna. Pod młotek poszły też bardzo interesujące budynki starych kin, wnętrza kawiarni czy barów szybkiej obsługi, których wystrój w latach powojennych projektowali znakomici artyści. Wnętrza kin czy barów były ozdabiane przez artystów dużej klasy, te wnętrza miały mozaiki, malarstwo, detale.

 

 

– Mówi się, że ktoś pochodzi „z rodu architektów”. Z jakim nurtem architektury utożsamiał się Pana ojciec, Jan Bogusławski?

– Ojciec na pewno był w nurcie czystego modernizmu, ale bez żadnej politycznej podbudowy. Cały czas szukał nowatorskich rozwiązań konstrukcyjnych. Twórczość mojego ojca, w ogóle twórczość tamtego czasu jest za mało doceniona. Dlaczego? Bo tylko część rzeczy mogła zostać zrealizowana. Tuż po wojnie był okres pewnej wolności w estetyce, który trwał tylko dwa lata, do 1947 roku. Wtedy ojciec zrobił kilka nowatorskich projektów. Zaraz potem przyszedł socrealizm. Projekt warszawskiego kina Praha z końca lat 40. miał interesującą ramową konstrukcję żelbetową, ale to musiało zniknąć pod dekoracyjnością socrealizmu. Ta przestrzeń już potem nie mogła być odczytana we właściwy sposób. Z kolei pod koniec lat 50. przyszła większa swoboda, ale to był strasznie biedny czas. Ludzie próbowali nawiązywać do wzorów, jakie wprowadzał Zachód, ale przy szalenie ubogich środkach. Polski plakat stał się nieśmiertelny, ponieważ drukarnie nie potrafiły drukować z wiernym oddaniem koloru i artyści musieli wypracować nową ekspresję, która z kolei stała się rozpoznawalna na całym świecie. To samo można powiedzieć o niektórych budynkach, że przez niesamowite ograniczenia materiałowe i wykonawcze dopracowano stylistykę pewnej surowości. Na pewno jest w tym wartość, ale ona była wynikiem splotu niedobrych okoliczności.

 

– Mówi Pan, że ojciec interesował się nowatorskimi konstrukcjami. Czy były wśród nich jakieś ciekawe konstrukcje betonowe?

– Jednym z największych osiągnięć mojego ojca jest kościół w Stalowej Woli, gdzie został zrobiony prefabrykowany strop. To była indywidualna prefabrykacja robiona specjalnie dla tego budynku. Beton był zbrojony nie prętami, tylko siatkami, więc można było uzyskać bardzo duże przekrycia przy minimalnej grubości. Stropy tego kościoła mają tylko od 7 do 3 cm grubości i jest to właściwie na granicy możliwości technicznych, niżej praktycznie nie da się zejść. Siatkobeton kusił ojca ze względu na jego niesamowite rozpiętości przy minimalnym ciężarze. Mało kto korzystał z tej technologii. Ten obiekt funkcjonuje w podręcznikach jako idealny przykład udanej prefabrykacji.

 

– Architekci mają współcześnie do dyspozycji dużo nowych technologii i materiałów budowlanych. Te technologie powinny prowadzić, na zdrowy rozum, do wyzwolenia inwencji i ułatwienia rozwiązywania problemów, które kiedyś były trudne do rozwiązania. Czy nie ma Pan wrażenia, że proces idzie w przeciwnym kierunku, to znaczy architekt zaczyna składać budynek niemalże z gotowych propozycji serwowanych przez niezliczone katalogi, takie „supermarkety” dla projektantów? Wraca problem schematyzmu rozwiązań.

– Tak naprawdę dążenie do ujednolicania jest stare jak świat. Patrzymy na dziewiętnastowieczne kamienice i myślimy, że były projektowane z ogromną inwencją. Tymczasem XIX wiek był pełną prefabrykacją. Istniały katalogi okien, stiuków, wykończeń. Projektanci korzystali z szablonów elewacyjnych, układali elewację na zasadzie wybierania elementów z katalogu. To zawsze pasowało, bo było znormalizowane. XIX wiek pod pewnymi względami był bardzo racjonalny. Nie warto było robić gzymsu dla jednej kamienicy, skoro budowano ich setki. Prowadziłem kiedyś inwentaryzację dwóch kamienic, jednej w Pułtusku, drugiej w Warszawie. Stolarki okienne w obydwu były identyczne co do milimetra, łącznie z okuciami. Musiały pochodzić z tego samego miejsca, z tego samego katalogu. Dzisiaj, gdy takich kamienic w samej Warszawie ocalało może kilkadziesiąt, patrzymy na nie zupełnie inaczej. Każda wydaje się bardzo indywidualna, ale architektura zawsze dążyła do pewnej racjonalnej normalizacji.

 

– Tylko w praktycznym wykonawstwie czy też w obrębie idei, teorii?

– Należałoby tu odróżnić architekturę od budownictwa. Budownictwo, na przykład mieszkaniowe, zawsze dążyło do racjonalnej normalizacji zarówno w wykonawstwie, jak i w idei. Tak się działo w starożytnym Rzymie i tak jest dzisiaj. To, co zostaje z historii, to zawsze są rzeczy najlepsze albo te, które miały szczęście. Nikt teraz nie pamięta o czynszówkach w starożytnym Rzymie, tylko każdy ma w pamięci Forum Romanum. Tak naprawdę Rzym składał się z tysięcy takich samych siedmiopiętrowych czynszówek, obrzydliwych, mało doświetlonych i śmierdzących. Nie pamiętamy o nich, bo już nie istnieją. W bliższym nam XIX wieku było podobnie. Schematy rozwiązań rzutów kamienic były opracowywane na skalę przemysłową. W Warszawie budowano setki takich kamienic. Natomiast o tak zwanych dziełach architektury można mówić wtedy, gdy wyrastają poza swój czas, gdy zmieniają czas, w którym powstają, albo gdy zmieniają sposób myślenia współczesnych o funkcji budynku albo o przestrzeni miasta.

 

– Jednak jest ta uparta chęć, czasem nawet szlachetna, żeby szukać rozwiązań indywidualnych, niepowtarzalnych, żeby się wyrwać ze schematu. W ocenie tego, co się teraz buduje, też widać taką tęsknotę. Tęsknimy do oryginalności?

– Różnica polega na tym, że żyjemy w kulturze, w której coraz skuteczniej nam wmawiają, że każdy jest indywidualny i absolutnie niepowtarzalny. Każdemu się wydaje, że ma unikalny telefon komórkowy, a tak się składa, że on jest produkowany w setkach milionów egzemplarzy. Ludzie chcą ulegać złudzeniom, że jak zamieszkają na właśnie tym osiedlu, to będą indywidualistami, a okazuje się, że to jest takie samo osiedle, jak to obok, tylko odrobinę lepiej zareklamowane. Taka jest większość budownictwa mieszkaniowego. Domy indywidualne są absolutnym marginesem. Natomiast jakość architektury wcale nie musi być gorsza dlatego, że budynek korzysta z pewnych schematów rozwiązań czy mieści się w jakimś określonym kanonie. W ramach kanonu architektura może być bardzo wartościowa. Natomiast trzeba odróżnić oryginalność od nowej idei. Właśnie to rozróżnienie pozwala odróżnić, że mamy do czynienia z dziełem sztuki, a nie tylko z nietypowym zastosowaniem istniejących rozwiązań. Jak to jest trudne, widać na przykładzie obiektów sakralnych. One często silą się na oryginalność, a wcale nie są dziełami sztuki. Szukanie niepowtarzalnych rozwiązań jest bardzo trudne. Przeżyłem to projektując gigantyczną ścianę oporową z białego betonu w Kazimierzu Dolnym, bo chciałem nawiązać do kolorystyki wapiennego kamienia charakterystycznego dla tego miasta; czy przy projektowaniu ceramicznej grafiki, która została naniesiona na szklenie biurowca PGNiG, aby nawiązać do dawnej przemysłowej funkcji części tego budynku. Na pewno ten trud się opłacił.

 

– Czy rozwiązania schematyczne, nadmiernie eksploatowane w architekturze, mogą być jakimś zagrożeniem dla kultury? Czy to jest jakiś problem?

– Raczej nie widzę takiego zagrożenia, bo nie każdy budynek musi być dziełem sztuki, tak nie było i nie będzie, to jest niemożliwe. Problem tak naprawdę jest zupełnie w czym innym, czyli w kulturze tworzenia przestrzeni, a nie w jednym czy drugim nieudanym czy schematycznym budynku. Jeżeli spaceruję na przykład po jakimś mieście w Danii, to nie jest tak, że po drodze patrzę na każdy budynek jak na arcydzieło. Większość budynków jest zupełnie zwyczajna. Sukces Duńczyków polega na tym, że prawie nigdzie nie ma zgrzytu w całościowej kompozycji przestrzeni. Oni w pewnym nieprzerwanym procesie stworzyli własny styl życia i większość ludzi się z nim identyfikuje. Większość społeczeństwa dokładnie wie, czego chce, zna zasady dobrego życia i zasady funkcjonowania w społeczeństwie. Wiedzą, jak chcą żyć, w jakiej przestrzeni, i co jest dla nich dobre. To wszystko się przekłada na sposób budowania. Oni mają coś, co można by nazwać stylem narodowym, co nie ma nic wspólnego z cepelią. Niestety, żeby taki styl wytworzyć, musi być pewien okres spokoju i możliwość kształtowania się reguł. Polska specyfika jest taka, że co pięćdziesiąt, sto lat ludzie tracą wszystko, co mają, a granice przesuwają się o dwieście kilometrów. To jest destrukcyjne dla każdej działalności, dla tworzenia miast, powiązań przestrzennych, infrastruktury całego państwa.

 

– Skoro pracuje Pan i z architekturą nowoczesną i z dawną architekturą, jak Pan rozumie kontynuację przestrzeni? Czym jest dobra kontynuacja przestrzeni?

– Generalnie są dwa podejścia do przestrzeni. Jedno mówi, że pracuje się nad budynkiem jak nad rzeźbą, pracuje się nad formą samego budynku, czyli że mury są najważniejsze. To jest duży i ważny nurt w architekturze, projektowanie formy samej w sobie. Czasem to są budynki, które opanowują dużą część przestrzeni w mieście, ale ich funkcja nie polega na jakimś oddziaływaniu na całą przestrzeń miejską. Ich funkcja polega na ozdobieniu. Drugie podejście mówi, że same mury są mniej ważne, najważniejsze, że one określają pewną przestrzeń, organizują i porządkują to, co jest wewnątrz i na zewnątrz budynku. Mnie to podejście jest znacznie bliższe. Ciekawi mnie, jak budynek czy też jego „ściany” zaczynają określać całą przestrzeń, gdzie są elementy kontynuacji przestrzeni. Staram się szukać powiązań budynku z tym, co go otacza. Te dwie tendencje są od dawna obecne: czy projektować budynek bardziej jako piękną formę, czy bardziej wpisać go w tkankę miejską.

 

– Dziękuję za rozmowę.

Paweł Pięciak

 


 

Biografia

Jerzy Bogusławski prowadzi założoną w roku 1997 pracownię projektową Bogusławski i Partnerzy. Po ukończeniu Politechniki Warszawskiej (1979) przez cztery lata pracował jako projektant, a następnie inżynier budowy w Pracowniach Konserwacji Zabytków. Po stanie wojennym (1984) założył pierwszą w Polsce w pełni prywatną autorską pracownię architektoniczną Bogusławski-Jankowski. Jerzy Bogusławski wykładał na Wydziale Architektury PW (1983-1985), był wiceprezesem SARP (1983-1985), a od 1995 prowadzi wykłady na Wydziale Architektury Wnętrz Akademii Sztuk Pięknych.

Niektóre realizacje pracowni: Archiwum Ministerstwa Spraw Zagranicznych przy ul. Tanecznej 67, sale konferencyjne MSZ przy alei Szucha 23, budynki mieszkalne przy ul. Rydygiera 2, biurowiec przy ulicy Pięknej 24, pawilon w parku Łazienkowskim, budynek mieszkalno-biurowy przy ul. Gagarina – wszystkie realizacje w Warszawie. Bardzo wysoko są oceniane projekty architektury mieszkaniowej, a szczególnie eleganckie budynki apartamentowe wychodzące z biura Bogusławski i Partnerzy. Pracownia równocześnie z realizacją architektury współczesnej prowadzi projekty związane z konserwacją zabytków (klasztor sióstr wizytek w Warszawie, dwór marszałka Józefa Piłsudskiego w Sulejówku, zespół hotelowy w dawnym młynie w Klekotkach), a także zajmuje się projektami wnętrz i mebli.

Jerzy Bogusławski jest synem architekta Jana Bogusławskiego (1910-1980), który był między innymi generalnym projektantem odbudowy Zamku Królewskiego w Warszawie.

 

 

 

 


Galeria Zdjęć