Aktualności / Autonomia w architekturze jest możliwa

Autonomia w architekturze jest możliwa

– Wartością może być zauważenie, że człowiek jest istotą społeczną, to znaczy nie występuje pojedynczo. Na razie jest mało przykładów dobrych przestrzeni publicznych, które by były nakierowane na zaspokajanie potrzeb grupowych – uważa dr Jerzy Grochulski, architekt, prezes Stowarzyszenia Architektów Polskich.


 

– W ciągu kilku najbliższych lat Polska otrzyma gigantyczny zastrzyk pieniędzy z Unii Europejskiej. Większość tych pieniędzy zostanie przeznaczona na infrastrukturę – rozwiązania komunikacyjne, drogi, kolej, mosty, wiadukty, tunele i inne obiekty inżynierskie. To jest dział budownictwa, który w Polsce w ogóle nie kojarzy się z architekturą. Udział architektów w przygotowywaniu takich inwestycji jest żaden. W krajach cywilizowanych nowe mosty są prezentowane jako osiągnięcia prawie artystyczne, w Polsce są to działania inżynierskie, a takich działań w najbliższych latach będą setki. Polska stanie się placem budowy. Co robić, żeby włączyła się w to architektura?

– Zagrożenia są olbrzymie. Zwłaszcza inwestycje liniowe w sposób znakomity potrafią degradować krajobraz. Kiedy widzę zalesiony stok góry, w którym bezmyślnie została wykonana przecinka, bo ktoś postanowił przeprowadzić tam linię wysokiego napięcia, to cierpię. To jest przykład rozwiązania, które zostało sprowadzone tylko do wymiaru ekonomicznego. Stowarzyszenie Architektów Polskich ma świadomość złych skutków źle przeprowadzonych inwestycji inżynierskich. Staraliśmy się namówić ustawodawcę, żeby dla zleceń na prace projektowe stosować formułę konkursu, czyli rywalizacji nie tylko na cenę, ale żeby przy wyborze wykonawców stosować również kryterium jakości produktu. Poza ceną trzeba brać pod uwagę skutki społeczne, jakie może przynieść dobrze lub źle przeprowadzona inwestycja. To by dawało nadzieję, że jeżeli samorząd ma zmierzyć się z budową mostu czy wiaduktu, zwróci uwagę nie tylko na to, jaki most będzie najtańszy, ale że stanie się elementem krajobrazu. Miasta promują się swoimi widokami. W widokach ważne są budynki, ale nie pojedyncze, tylko układające się w panoramy. Panorama miasta daje pewne wyobrażenie, czy dzieje się w nim dobrze czy źle. W tych panoramach dużo miejsca zajmują obiekty inżynierskie. W samorządach decyzje zapadają na zasadzie: nie będę ryzykował swojej pozycji przepłacając. Tymczasem inwestycja droższa nawet o kilkaset tysięcy złotych może spowodować, że do miasta przyjedzie, chociażby w celach turystycznych, kilkanaście tysięcy osób więcej w ciągu roku. Taka „przeszacowana” inwestycja szybko się zwróci, a czas ma to do siebie, że jest nieograniczony.

 

– Jest druga grupa obiektów, która będzie częściowo finansowana z funduszy UE. W najbliższych latach powstaną hale sportowe, hale widowiskowe, stadiony, pływalnie, nowe lub zmodernizowane dworce kolejowe, porty lotnicze. O dziwo, ta grupa obiektów też nie wszystkim kojarzy się z architekturą. Przykładowo, projekt reprezentacyjnej hali widowiskowo-sportowej w Krakowie został wybrany bez konkursu jako konstrukcja czysto inżynierska bez żadnych śladów architektury. Silnych protestów nie było. Dworzec kolejowy w Katowicach może być oddany inwestorowi, który zmodernizuje go w najprostszy sposób, budując galerię handlową z peronami. Budynki, które by mogły być podniesione do poziomu architektury, są ściągane na półkę z konstrukcjami inżynierskimi.

– Jeszcze pokutuje podejście technokratyczne, stricte ekonomiczne. Powiem tak – to jest kwestia edukacji. Wielu zacnych, mądrych i bogatych ludzi pozostało w historii dzięki budowlom, które wznieśli. Mecenat poszczególnych osób jest udokumentowany znakomitymi realizacjami. To niekoniecznie są obiekty inżynierskie. Oczywiście, że system zamówień publicznych jest ważny, ale chcę mocno podkreślić, że on jest zawsze wtórny wobec decyzji, jaką podejmują ludzie wydający pieniądze. Uświadomienie roli mecenatu jest podstawowe w tych rozważaniach. Rządzący powinni wiedzieć, że mogą rozumnie sterować strumieniem pieniędzy w ten sposób, że na końcową wartość inwestycji będzie się składała też ich niematerialna wartość dodana. Niestety, zwykle cena decyduje. Niedawno odbywał się przetarg na budowę szkoły i wygrała propozycja najtańszego wykonania tego zadania. Nie wzięto pod uwagę, że przedsięwzięcie w części, którą jest komunikacja wewnętrzna budynku, zostało błędnie zaplanowane i nie tylko trzeba było budować dodatkowe metry kwadratowe inwestycji, ale również je eksploatować i konserwować, a to oznacza, że stale będą do tego dokładane pieniądze. Zdecydowała cena za projekt. Najtańszy projekt – ale nie najtańszy koszt funkcjonowania budynku. Zatrudnienie dobrego architekta skutkuje tym, że w całym procesie inwestycyjnym znajduje się jeszcze jedno ogniwo, które służy optymalizacji zadania. Na pewno powstanie ładniejszy produkt, a być może też mądrzejszy. Samorząd czasem rozumuje tak: nieważne jaki będzie skutek finalny, byle był, bo trzeba pokazać, że coś już jest gotowe. Najszybciej, najłatwiej i najefektowniej robi się wtedy, kiedy jest jak najmniej pytań i wątpliwości. Architekt może być przeszkodą w osiągnięciu sukcesu medialnego albo politycznego, więc eliminuje się architekta z tego procesu. To jest jasny mechanizm.

 

– Trzecia grupa obiektów finansowanych z pieniędzy unijnych to reprezentacyjne budynki publiczne, takie jak sale koncertowe, teatry muzyczne i opery, muzea sztuki nowoczesnej i inne budynki muzealne oraz związane z edukacją i kulturą. W tego typu realizacjach nie ma już wątpliwości, że architektura jest na pierwszym planie. Przez ostatnie dziesięciolecia tego typu inwestycji w ogóle nie było, teraz będą ich dziesiątki. Czy polska architektura jest na to przygotowana?

– Z natury jestem optymistą, a polscy architekci udowodnili, że kreacja architektoniczna jest ich mocną stroną. Większe zapóźnienia są w organizacji samego procesu projektowania niż w zdolności do postawienia śmiałych koncepcji. Ja wiążę dużą nadzieję z muzeami. Ostatnio było kilka konkursów na muzea, ale nie chcę teraz mówić o ich wynikach nic konkretnego, bo staram się oceniać obiekty zrealizowane. Pierwotna koncepcja czasem nie jest doprowadzana z różnych powodów do satysfakcjonującego finału. Jedna rzecz jest niezwykle ważna. Wiele mniejszych polskich miast straciło swoje oblicze w ciągu ostatnich 60 lat, najpierw w czasie wojny, kiedy wypadały całe pierzeje rynków. Potem były nierozumne inwestycje realnego socjalizmu, przy czym nie mówię, że socjalizm przyniósł same szkody dla architektury, bo wiele obiektów jest wartościowych. Potem w latach 70. i 80. pojawiły się nie do końca przemyślane inwestycje. Przestrzeń była degradowana i mniejsze miasta, o wielkości 30, 50 tysięcy mieszkańców, często traciły swoje oblicze. Pieniądze unijne pozwolą na realizację marzeń takich społeczności. Będą inicjatywy, żeby zbudować małe muzeum albo ratusz, którego nie ma od wojny, albo ośrodek kultury. Takie inicjatywy mogą przynieść kilkadziesiąt znakomitych budynków, którymi będziemy mogli się chwalić. Nie sądzę, żeby Polska mogła konkurować wielkością obiektów z Europą czy ze światem. Nie ma takiej potrzeby. Nie trzeba pompować w ten kraj aż tyle pieniędzy, żeby realizować same wielkie teatry czy wielkie muzea. Ja raczej wiążę nadzieję z perełkami architektury, które się teraz mogą pojawić.

 

– Strumień pieniędzy przypłynie do kraju, który właściwie nie posiada żadnych trwałych instytucji, jakie w państwach cywilizowanych tworzyły się przez lata. Polska nie ma wyznaczonych czytelnych celów rozwoju ani określonej ekonomii środków, które prowadzą do celów. Jest atmosfera ogólnej improwizacji. Czy nie obawia się Pan, że za 15 lat obudzimy się w papierowym kraju, w którym jedne sfery zostały maksymalnie przeinwestowane bez wyraźnych korzyści społecznych, inne zostały zupełnie zaniedbane, a nitki najważniejszych intencji w ogóle nie połączyły się ze sobą?

– Ja tę obawę podzielam, dlatego myślę o systemie planistycznym, który powinien być systemem rozumnym – zaczynając od planu krajowego, z zachowaniem hierarchii planów, na miejscowych planach zagospodarowania kończąc. Brak takiego systemu może spowodować sytuację nietrafionych inwestycji. Ktoś będzie miał pomysł na realizację czegoś, co będzie idée fixe, a nie rzeczywistą potrzebą. Stąd zabiegi SARP, aby struktury polskich miast, w tym także przestrzenie otwartego krajobrazu, regulować planami zagospodarowania. Co jest bardzo ważne – dobrze zbudowany plan opisuje rzeczywistość nie tylko przez parametry przestrzenne, ale daje pewne odpowiedzi ekonomiczne. Uruchamia mechanizm inwestycyjny, który jest korzystny nie tylko dla funkcjonowania pojedynczego budynku, bo to za mało, ale dla całej sekwencji funkcjonalnej miasta. Jeżeli się zaniedba plany, co jest możliwe – bo można łatwo powiedzieć, że „utrudniają” inwestowanie, to strumień pieniędzy może być skierowany nie tam, gdzie jest potrzebny. Jest w Polsce stacja kolejowa, która została zrealizowana może nawet w tym celu, żeby zaspokoić jakieś potrzeby, ale podobna inwestycja gdzie indziej na pewno by była bardziej potrzebna.

 

– Zobaczymy dobre i złe efekty skoku cywilizacyjnego, który jest przed nami, a tymczasem polska architektura ma za sobą 18 lat funkcjonowania na światowym rynku towarów i idei, który coraz bardziej się globalizuje i ujednolica. Czy architektura ma jakąś odpowiedź na procesy globalizacji, w których widać chyba coraz więcej złych stron i coraz mniej dobrych?

– Odwołam się do własnego doświadczenia wyniesionego z ostatniego kongresu Międzynarodowej Unii Architektów. Raz na trzy lata każda z sekcji krajowych pokazuje swoją architekturę. Pokaz polskiej architektury, pomimo że posługuje się ona globalnymi technologiami, był pokazem wyróżniającym się. Widać było inne klimaty niż w architekturze globalnej, zwłaszcza reprezentowanej silnie przez kraje azjatyckie, ekonomicznie bardzo dobrze rozwinięte, oraz Stany Zjednoczone. Udało się zachować coś, co jest trudno nazwać, co określam może na wyrost „polskim duchem” w architekturze. Sposób komponowania przestrzeni wywodzący się z tradycji miejsca był w tych projektach do zauważenia. Globalizacja obejmuje nie tylko architekturę, ale i procesy inwestycyjne, i nikt nie jest w stanie z tym walczyć, to znaczy walczyć wielu jest w stanie i taką walkę podejmuje, natomiast zwycięstwo jest bardzo mało prawdopodobne. W zalewie nowych technologii i idei czymś ważniejszym jest umiejętność zachowania refleksu wobec wartości, które jednak gdzieś obok nas istnieją. Wydaje mi się, że duch polskiej architektury w tych naszych najlepszych realizacjach współczesnych, wykorzystujących nowe technologie, da się zauważyć.

 

– Czy da się w przybliżeniu określić, czym byłby ten polski duch w architekturze?

– Wydaje mi się, że polska specyfika, jeżeli o czymś takim możemy mówić, opiera się na niektórych cechach naszego narodowego charakteru. Jest to pewne nieliczenie się z okolicznościami, może pewna nonszalancja, chociaż używałbym ostrożnie tego określenia. Pewien dystans do niektórych rzeczy. Funkcjonowanie w ramach rygorów, ale równoczesne odrzucenie tych rygorów powoduje, że nagle w czymś, co powinno być od początku do końca wyrachowane i racjonalne, pojawia się fantazja, taka myśl nie wiadomo skąd. Ta myśl wprowadzona do budynku powoduje, że on nie jest od początku do końca poddany rachunkowemu, mechanicznemu zastosowaniu technologii. Gdzieś pojawia się wyłom, który mówi: „ale ja mam taki gest”. Ten niezależny gest powoduje, że dostajemy budynek, który w grupie podobnych budynków stojących obok siebie dałby się zidentyfikować jako nieco inny. Polacy są z natury niepoddający się ustalonemu rytmowi i ta niezależność może się manifestować w rozwiązaniach trochę na przekór. Jeżeli jest to taki uśmiech, oko puszczone do odbiorcy, to ja bym to przywołał jako jedną z pozytywnych cech wyróżniających polską architekturę.

 

– Czy ten szeroki, trochę szlachecki gest w architekturze, o którym Pan mówi, istnieje, bo jeszcze nie został zniszczony przez globalizację? Czy może daje o sobie znać właśnie na przekór tym wszystkim procesom, które ujednolicają projektowanie i budowanie?

– Wierzę, że on nigdy nie zostanie zniszczony. Patrząc na historię naszej państwowości, takie gesty pojawiały się w bardzo różnych, często opresyjnych sytuacjach. Nie chcę mówić o powstaniach, bo to nie jest adekwatne. Właśnie wtedy, kiedy wydawało się, że zewnętrzna siła jest w stanie zdominować nasze zachowania, pojawiali się ludzie, którzy mówili „nie”. W to, co jest machiną historii, umiemy czasem wrzucić piasek, który tę machinę na moment spowalnia. Wtedy można zobaczyć, że na przykład w architekturze nie wszystko musi być produkcją, produkcją i jeszcze raz produkcją; że warto zobaczyć inne wartości. Na co dzień globalizacja jest w stanie nas zdominować, ale wewnątrz pozostanie poczucie niezależności. Pewna autonomia w obszarze architektury jest możliwa.

 

– Co Panu osobiście jest bliskie, gdyby mógł Pan wybrać spośród cech, które by mogły w sposób pozytywny odróżniać polską architekturę od innych? Co by mogło być dobrym impulsem do projektowania?

– Przy wszystkich złych przykładach życia codziennego, kiedy jeden rodak potrafi drugiemu zrobić na złość, gdzie jest wszechobecna zawiść, która powoduje, że zachowujemy się tak a nie inaczej; równocześnie widać ukierunkowanie się na drugiego człowieka. Być może robimy mu źle, ale zauważamy tego drugiego człowieka i to nas odróżnia od innych cywilizacji. Nie jesteśmy wsobni. Potrafimy czasem, może w sposób zły, ale reagować na drugiego człowieka. Inspiracją dla polskiej architektury mógłby być ten zakodowany refleks w stronę innej osoby, żeby zrobić temu drugiemu przyjemność, podczas gdy tak często robimy sobie nieprzyjemność. Przemiana i stworzenie warunków, w których człowiek znajduje radość z przebywania w przestrzeni, a nie tylko przymus funkcjonowania. Nie chcę posługiwać się górnolotnymi hasłami; chodzi między innymi o zachowanie pewnej autonomii właściwej dla temperamentu związanego z funkcjonowaniem człowieka w społeczeństwie, w grupie. Wartością może być zauważenie, że człowiek jest istotą społeczną, to znaczy nie występuje pojedynczo. Na razie jest mało przykładów dobrych przestrzeni publicznych, które by były nakierowane na zaspokajanie potrzeb grupowych. Podnietą do działania może stać się człowiek, a niekoniecznie próba połączenia jakichś dwóch technologii w trzecią.

 

– Czy to się nie kłóci z rachunkiem ekonomicznym, który jest decydujący?

– Rozwinięte cywilizacje, że się znowu do nich odwołamy, posługują się rachunkiem ekonomicznym. W mieście nie da się budować tylko domów jednorodzinnych w parkach, jeżeli rozumiemy, co kryje się pod pojęciem miasta. Miasto niesie ze sobą pewne naturalne uciążliwości dla mieszkańców i jego użytkowników. Chodzi o wyważenie proporcji między tym, co będzie czyniło człowieka szczęśliwym na co dzień, a tym, co jest możliwe do zrealizowania na pewnym etapie rozwoju cywilizacyjnego. Moim zdaniem coraz częściej będzie wracał problem, na ile architekt jest zawodem nakierowanym na człowieka i społeczeństwo, ponieważ edukacja wywiedziona z pozytywnej modernistycznej tradycji została w pewnym momencie mocno zdegradowana.

 

– Globalny rynek dotyczy też materiałów budowlanych. Stowarzyszenie Architektów Polskich, któremu Pan szefuje, oraz Stowarzyszenie Producentów Cementu co roku organizują konkurs „Polski Cement w Architekturze”. Jak Pan ocenia ten konkurs? Jaki jest cel istnienia takich konkursów?

– Konkurs jest cenny przede wszystkim dla edukacji zawodowej architekta. Nagrody oczywiście przynoszą splendor laureatom, którzy są pokazani jako ci, którzy poradzili sobie z jakimś problemem technologicznym, ale przede wszystkim dają impuls dla architektów, przede wszystkim młodych. Bardzo bym chciał, żeby młodzi architekci próbowali rozszerzać swoje horyzonty na nowe technologie i wykorzystywali ich potencjał we własnych projektach. Można powiedzieć z pewną przesadą, że na architekturę składają się sześcian i kula ułożone w różnych konfiguracjach i z tego składa się cała przestrzeń. Tutaj mamy do czynienia jak gdyby z na nowo zobaczoną betonową kulą i sześcianem; konkurs pokazuje, że ze skończonej w końcu liczby elementów można stworzyć coś zupełnie nowego. To jest impuls do stosowania betonu, ale przecież szkło też nie musi być oknem wstawionym w plastikową ramę, a ceramikę, drewno też można inaczej używać. To jest rywalizacja, która otwiera oczy.

 

– Dziękuję za rozmowę.

Paweł Pięciak

 


Życiorys

Dr Jerzy Grochulski jest pracownikiem naukowym i dydaktycznym Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej. Ukończył ten wydział w roku 1980, doktorat obronił w roku 2000. Jest czynnym architektem, współwłaścicielem warszawskiej pracowni PRO-ARTE, która w ciągu ponad dwudziestu lat działalności wykonała przeszło 400 projektów i studiów w zakresie urbanistyki i planowania przestrzennego miast i dzielnic, budownictwa mieszkaniowego, użyteczności publicznej, obiektów sportowych, rekreacyjnych i oświaty. Jerzy Grochulski jest przede wszystkim autorem lub współautorem ponad dwudziestu zrealizowanych obiektów oświatowych, między innymi zespołu sportowego przy szkole podstawowej w Tarchominie, który był nominowany do nagrody głównej konkursu „Życie w Architekturze” za najlepszą realizację architektoniczną Warszawy w latach 1989-1999. Jest też autorem zrealizowanego projektu rozbudowy biblioteki Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Jerzy Grochulski był w latach 1994-2006 sekretarzem generalnym Stowarzyszenia Architektów Polskich, a obecnie jest prezesem SARP.


Galeria Zdjęć