Aktualności / Architektura przemilczana

Architektura przemilczana

– Moim zdaniem w latach 60. byliśmy najbardziej dynamicznym ośrodkiem architektury chyba w całej Europie. Wrocław był tym, czym Berlin parę lat temu, gdzie naraz w jednym miejscu powstaje kilkanaście znakomitych budynków. Przyczyny tego stanu rzeczy były dosyć dziwne – mówi architekt Zbigniew Maćków.


 

– Jest Pan miłośnikiem nowoczesnej architektury Wrocławia. Dlaczego?

– Wrocław jest niedoceniony, jeśli chodzi o architekturę współczesną. W Polsce jest prawie nieznany. O Wrocławiu nadal się milczy. Ja jestem wielkim zwolennikiem tego, co pozostało we Wrocławiu po czasach niemieckich, i tego, co zbudowali architekci po II wojnie światowej, szczególnie pod koniec lat 50. i w latach 60. Piszę teraz pracę o znakomitych powojennych wrocławskich architektach, małżeństwie Barskich. Chciałem zrobić coś pożytecznego, dlatego wziąłem się za kawałek prawdziwej historii architektury najnowszej, jednej z najbardziej nowoczesnych, jakie znam. Zbieram to, badam i opisuję, żeby nie zginęło, bo ta architektura niszczeje i podlega degradacji.

 

– Wrocław został bardzo zniszczony w czasie ofensywy w 1945 roku. Co ocalało?

– Pomimo zniszczeń wojennych ocalało sporo rzeczy. Mieliśmy, moim zdaniem, dwa niesłychane momenty przyspieszenia, akceleracji, tempa, jeśli chodzi o architekturę. Pierwszy był z końcem lat 20., kiedy Wrocław, jako jedno z największych miast niemieckich, miał swoje pięć minut. W 1929 roku odbyła się tu WUWA, czyli wielka wystawa budowlana, takie budowlane Expo. Na terenach wokół wystawy powstały eksperymentalne osiedla z użyciem najnowocześniejszych technologii. Teraz możemy pomarzyć o czymś takim. Zostali tu zaproszeni najlepsi architekci działający na terenie Niemiec, absolutnie światowy poziom. Te budynki w większości przetrwały wojnę i stoją do dziś. We Wrocławiu pod koniec lat 20. pracowali najlepsi architekci europejscy, jak Scharoun, Mendelsohn, Rading, Dernburg, Konwiarz, wcześniej Poelzig i inni. Ich obecność nie była incydentalna, tylko masowo zabudowywali Wrocław. Mamy świadectwo tamtych czasów, które jest dowodem niesłychanego rozwoju. To wszystko zdarzyło się na przestrzeni nawet nie dekady, raczej pięciu, sześciu lat. Zaraz przyszedł rok 1933, Hitler doszedł do władzy, zmieniły się stosunki własnościowe, Żydzi nie mogli inwestować. Jednym z ostatnich świadectw tamtego czasu jest dom towarowy Renoma, w którym teraz właśnie się znajdujemy, 35 tysięcy metrów kwadratowych powierzchni. Nie wyobrażam sobie dziś firmy, która by się zdecydowała przeprowadzić takie założenie. Jest to prototypowa stalowa konstrukcja nitowana, bardzo bogato wyposażona. Wcześniej stało tu osiem budynków, w tym wielopiętrowy hotel, wszystko zostało zburzone i błyskawicznie powstał trzydziestopięciotysięcznik. Żadne specjalne siły zewnętrzne nie napędzały tego boomu, poza ogólnoświatową koniunkturą. Mieszkańcy, ludzie biznesu mieli świadomość i poczucie estetyki.

 

 

– W Polsce do niedawna prawie nic nie było wiadomo o przedwojennej architekturze Wrocławia. To był temat tabu, tak jak cała niemiecka historia miasta. Zgodzi się Pan?

– Ale jeżeli weźmie pan do ręki książkę o architekturze wydaną gdzieś w Europie, obejmującą na przykład perły architektury ostatnich stu lat, to jestem przekonany, że z terenów obecnej Polski będą prezentowane dwa obiekty i oba znajdują się we Wrocławiu. Będzie to żelbetowa Hala Ludowa zaprojektowana przez Maxa Berga i dom towarowy Kameleon zaprojektowany przez Ericha Mendelsohna. One są na stałe wpisane w ranking arcydzieł architektury światowej. Jeżeli publikacja będzie szersza, to znajdą się w niej kolejne obiekty z Polski, i one też będą z Wrocławia. Później długo nic, ponieważ żadne polskie miasto nie ma za sobą tak dynamicznego okresu.

 

– A drugi okres triumfu wrocławskiej architektury?

– Moim zdaniem w latach 60. byliśmy najbardziej dynamicznym ośrodkiem architektury chyba w całej Europie. Wrocław był tym, czym Berlin parę lat temu, gdzie naraz w jednym miejscu powstaje kilkanaście znakomitych budynków. Przyczyny tego stanu rzeczy były dosyć dziwne, kompletnie inne niż przedwojennego boomu. Po pierwsze, władze komunistyczne nie wiedziały, co robić z Wrocławiem, który był na tak zwanych ziemiach odzyskanych. Trwała zimna wojna i naprawdę nie było wiadomo, czy w wyniku różnych układów tak szybko jak go pozyskaliśmy, nagle go nie stracimy. Z perspektywy dygnitarzy czy plenum KC Wrocław był peryferyjny. Zsyłano tu wszystkich niepokornych, którzy nie chcieli iść po sznurku. Miasto zostało w czasie wojny zniszczone w 60 procentach, czyli stanowiło działkę do zabudowania. Przełomem było zerwanie z doktryną socrealizmu w architekturze. Wcześniej trudno było robić coś twórczego, a tu nagle pękły wszystkie więzy. Po rewolucji przychodzi kontrrewolucja, przewartościowanie. Pod koniec lat 50. nowe pokolenie architektów stało „w blokach startowych” i miało niespotykaną siłę – Barscy, Frąckiewiczowie, Tawryczewscy, Tarnawscy, Dziekoński, Jadwiga Grabowska-Hawrylak i wielu innych. Nastąpił splot korzystnych wydarzeń. Dynamiczni ludzie gotowi robić wielkie rzeczy, którzy wcześniej byli zablokowani. Wrocław leżał gdzieś daleko i centralna władza przymykała na niego oko. W mieście było dużo wolnej przestrzeni, a w systemie politycznym zapanowała odwilż, liberalizm, na kilka lat.

 

– Czym, jakimi realizacjami zaowocował ten czas?

– W tym momencie zostaje ogłoszonych kilka ważnych konkursów. Pierwszy konkurs, na zabudowę uniwersytetu, wygrywają właśnie Barscy w 1957 roku. Potem Marek Dziekoński na rotundę Panoramy Racławickiej, potem znowu Barscy na kliniki Wyższej Szkoły Rolniczej. Potem przychodzą kolejne zlecenia: pani Grabowska-Hawrylak projektuje Galeriowiec przy ul. Kołłątaja. Powstaje zabudowa placu Grunwaldzkiego, Dom Asystenta, Parawanowiec, Dom Naukowca. Apogeum przypada chyba na połowę lat 60., kiedy jeszcze dochodzi do rywalizacji między tymi zespołami i powstają uniwersyteckie budynki Wydziału Chemii i Matematyki. Budynek Wydziału Chemii, projektowany przez Barskiego, to jest, ośmielę się powiedzieć, jeden w ogóle z najlepszych budynków w Polsce. I to jest apogeum. I o tym już wszyscy wiemy, że później przychodzi czas typizacji, prefabrykacji, skupienia się na projektach powtarzalnych. Zaczynają projektować technolodzy, a nie architekci. Czytam właśnie protokół jakiejś komisji, która oceniała projekty inwestycyjne. Tu jest napisane, że wprawdzie architekt zaprojektował dwa budynki, ale komisja uważa, że trzeba złączyć je w jeden. Ale po co? Żeby dźwig miał lepszy tor przejazdu. Takie były priorytety. Jest zmierzch architektury i ci ludzie zostają odsunięci od większych realizacji.

 

– Co się dzieje z tymi budynkami teraz? Czy są znane? Czy są odbierane jako wybitne przykłady architektury?

– Nie jest tak, że one nie są znane, są znane, tylko że użytkownicy patrzą na te budynki przez pryzmat ich standardów wykończeniowych. Ja opisując te realizacje bywam na miejscu, rozmawiam z ludźmi i widzę, jak bardzo użytkownicy nie rozumieją tej architektury. A najbardziej paradoksalne jest to, że nie mam do czynienia z tak zwanymi prostymi ludźmi, bo te budynki w większości należą do wyższych uczelni i zarządcy, administratorzy są ludźmi często z profesorskimi tytułami. Oni kompletnie nie rozumieją budynków, którymi administrują. Cały czas podkreślają, że to się sypie, że to jest rudera, że przemaka, że zacieka i tak dalej. To wszystko jest prawdą, ale moja pracownia projektuje teraz ogromną inwestycję wspólnie z największym biurem inżynierskim na świecie, z Londynu. Dotykamy problemu eksploatacji. Anglicy mówią mi, że nie wyobrażają sobie funkcjonowania fasady nowego budynku, jeżeli ona nie będzie dwa razy do roku kompleksowo czyszczona i pielęgnowana. Natomiast tamte budynki stoją 50 lat i podejrzewam, że nikt ich nigdy nie umył, nie mówiąc o remontach czy jakichś innych nakładach. Każdy z nas ma samochód i wie, że jak się co jakiś czas nie wymieni oleju, to auto nie ruszy. Użytkownicy budynków nie wiedzą, że trzeba go odświeżyć, wymienić poszycie, sprawdzić zatkane rynny.

 

– A budynki z pierwszego okresu wrocławskiej prosperity, z lat 20. XX wieku? W jakim są stanie?

– Budynki z międzywojnia mają tę przewagę, że powstały w czasach dobrobytu, kiedy społeczeństwo było zamożne. Stosowano wtedy najlepsze dostępne technologie. Te obiekty przetrwały w lepszym stanie i są też lepiej odbierane przez ludzi, chociaż też strasznie się sypią, bo są dużo, dużo starsze, mają przecież po 80 lat. Niektóre budynki na świecie burzy się po takim okresie eksploatacji, zakłada się, że tyle czasu mają działać i koniec. Problem jest więc taki, że ludzie odbierają budynki przez problemy z nimi związane i te problemy całkowicie zasłaniają architekturę. Niedawno we wrocławskiej „Gazecie Wyborczej” była dyskusja, czy burzyć budynki z okresu PRL. I nawet ludzie z branży mówią często, że ich architektura jest zła, bo jest zużyta moralnie i technicznie, dlatego należy je zburzyć. Natomiast ja powtarzam, że ten okres był wspaniały, jeśli chodzi o projektowanie, i architekci byli u szczytu swoich możliwości twórczych, nie tylko zresztą we Wrocławiu. Natomiast wykonawstwo było słabe i to jest jasne, bo byliśmy biednym krajem odciętym od nowych technologii. Jestem za tym, żeby takie budynki wyciągać, ratować, bo to się da zrobić.

 

– Czy Pan, odwołując się do architektury lat 20. i końca lat 50., uważa, że to już jest historia architektury, zamknięty okres, czy przeciwnie, że te idee są żywe? Czy Pan się do nich przyznaje?

– Gdyby to była tylko historia, to powinienem też mówić o całej masie wrocławskich budynków z końca XIX wieku, które są wspaniałe. Trzeba by wspominać, idąc dalej, o barokowych pałacach, ogromnych średniowiecznych kościołach, które mamy we Wrocławiu. Można generalnie odwoływać się do przeszłości jako takiej, ale nie o to chodzi. Architektura z lat 20. i potem jej dalszy ciąg z lat 60. to jest architektura modernistyczna. Słowo „modernizm” na starcie było synonimem słowa „nowoczesny”, „prekursorski’, można tych słów było używać zamiennie. Główne założenia modernizmu są aktualne do dziś. Mówi się nawet, że to, co projektują młodzi architekci w Polsce, to jest „neomodernizm”. Choć uważam takie określenia za daleko idące uproszczenie, to chciałbym, żeby moja pracownia robiła projekty nowoczesne. Lubię to słowo.

 

 

– Czy postęp techniczny, nowe technologie miały znaczenie dla tamtej architektury?

– Słowo „nowocześnie” można też rozumieć jako „najlepiej”, czyli nie odnosi się do stylu, tylko do pewnych osiągnięć, na przykład do tego, że szuka się najlepszych dostępnych technologii. W modernizmie, przykładowo, zdecydowano się stosować potężne przeszklenia z tego powodu, że wcześniej został wynaleziony żelbet i dało się już przekryć duże rozpiętości. Fasada zamiast mieć osiem małych okienek w rzędzie, bo wcześniej tylko w ten sposób można było belkami przekryć nadproża, teraz mogła mieć jedno ogromne okno. Nagle można było wpuścić światło do wnętrza budynku. Światło jest w tym wypadku czymś wspaniałym. Słowo „nowocześnie” znaczy tu absorbowanie nowych rozwiązań.

 

– Pan jest neomodernistą?

– Ja przede wszystkim nie szukam żadnych szyldów tego, co robimy w pracowni. Nie szukam formuły, aby usprawiedliwić jakieś rozwiązanie lub dorobić ideologię do zwykłej pracy. Może gdyby ktoś mnie zmusił, tobym powiedział, że tam mi jest najbliżej. Dlatego mówię, że studiując wrocławskie budynki z lat 60. czy końca lat 20. bardzo dobrze się w nich czuję, świetnie się w nich poruszam. Podstawą ich zbudowania były te same ogólne założenia, powiedzmy filozoficzne, które mnie też są bliskie. Przede wszystkim funkcjonalność budynku, jego „działanie”, a potem forma, która pojawia się jak gdyby na końcu, ponieważ jest wynikiem rozwiązania przez architekta zadanych problemów.

 

 

– Wrocławska Hala Ludowa właśnie znalazła się na liście UNESCO i stała się rozpoznawalna jako zabytek architektury, ale jeszcze kilkanaście lat temu, pamiętam, trudno było znaleźć zwykły przewodnik po Wrocławiu, nie mówiąc o tym, żeby były tam informacje o architekturze XX wieku. Czuł Pan, jako wrocławianin, że obowiązuje coś w rodzaju zbiorowej niepamięci?

– Czułem to jako obserwator życia. Długo sam miałem takie wrażenie, że ludzie się tu sprowadzili tymczasowo. Tę tymczasowość czuje się wyraźnie, gdy jedzie się dalej w Dolny Śląsk, Kotlinę Kłodzką, w góry. Wsie wyglądają tak, jak je Niemcy zostawili w 1945, 1946 roku. Widać, że ludzie, którzy tam mieszkają już 60 lat, nie robili żadnych zmian, żadnych inwestycji. To jest nie do pomyślenia, bo dom moich rodziców, który też jest poniemiecki, z 1911 roku, w ciągu ostatnich trzydziestu kilku lat przeszedł już trzy gruntowne modernizacje. Jeszcze 15 lat temu czuło się, że Wrocław jest miastem, z którym nie wiadomo, co będzie dalej, a poza tym był problem, jak ugryźć ten „trudny” okres, a są tu miejsca, gdzie jeszcze widać niemieckie napisy czy szyldy na murach. W PRL wybrano zbiorową amnezję, czyli Wrocław był najpierw trochę polski, trochę czeski, potem była przerwa, a potem wrócił do Polski w 1945 roku. Przecież słynna Wystawa Ziem Odzyskanych z 1948 roku, na terenie przedwojennej WUWY, miała w całości pokazać i udowodnić polskość Wrocławia. Trudno jest opowiadać o mieście, które ma kilkusetletnią wyrwę w historii. W książkach po prostu nie wypadało wymieniać nazwisk takich architektów jak Mendelsohn czy Poelzig.

 

– Za to w ciągu ostatnich kilku lat, może dziesięciu, podejście do historii Wrocławia bardzo się zmieniło, i to naprawdę widać.

– Nastąpił zwrot o 180 stopni. To jest kapitalne odkrycie, że można ten okres eksplorować i pokazywać, a nie chować pod sztandarem, że tu byli Polacy z dziada pradziada. Pisarz Marek Krajewski wydaje właśnie kolejną powieść o przygodach detektywa Eberharda Mocka, i to jest ogólnopolski bestseller, świetnie się sprzedaje. A akcja dzieje się w przedwojennym, niemieckim, o zgrozo, Wrocławiu. Natomiast jeśli chodzi o edukację architektoniczną, to myślę, że oprócz wielkich programów, polityki władz itd. potrzebna jest taka zwykła praca u podstaw. Gdy pracowałem na uczelni, to „odpuszczałem” część godzin dydaktycznych w sali i chodziłem ze studentami na wycieczki po architekturze Wrocławia. Studenci wtedy, ku mojemu przerażeniu, pierwszy raz widzieli na oczy budynki Barskich czy Hawrylakowej. Miałem możliwość takiego oddziaływania na nich i korzystałem z tego, bo uważam, że to był mój obowiązek. Tak jak z moją pracą, nie chciałem pisać o „wyższości balustrady nad podchwytem ściennym”, tylko zdecydowałem się przekopać archiwa, zebrać wszystkie projekty Barskich i pokazać je, może z tego będzie coś pożytecznego.

 

– Dziękuję za rozmowę.

Paweł Pięciak

 


Życiorys

Zbigniew Maćków ma 37 lat. Od 1995 roku prowadzi we Wrocławiu pracownię architektoniczną, która w ciągu ostatnich lat stała się jedną z największych i najszybciej rozwijających się pracowni na Dolnym Śląsku. Zbigniew Maćków jest znawcą wrocławskiej architektury nowoczesnej.

Ukończył Wydział Architektury Politechniki Wrocławskiej, był też na stypendium w szkole architektury Kingston University w Londynie.

Do ostatnich osiągnięć Maćków Pracowni Projektowej należy hala sportowo-widowiskowa wraz
z zagospodarowaniem terenu przy gimnazjum w Siechnicach, Centrum Informacyjno-Szkoleniowe CIS przy ulicy Łowieckiej we Wrocławiu,; budynek dydaktyczny Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Wrocławskiego, który stoi w sercu Starego Miasta. Za tę ostatnią realizację pracownia otrzymała kilka ważnych nagród, budynek był też w finale konkursu „Polski Cement w Architekturze”. W trakcie realizacji jest inna potężna inwestycja – rozbudowa domu towarowego Renoma, położonego w centrum miasta. Zbigniew Maćków lubi motocykle, narty, siatkówkę i scenariusze filmowe.


Galeria Zdjęć