Aktualności / Mistrz szkoły wyższej

Mistrz szkoły wyższej

 – Poszedłem na tę działkę, stanąłem… i wszystko dla mnie stało się jasne. Wyraziste. Zobaczyłem obraz przestrzenny gmachu, który tam powinien stanąć. Jest w tym dużo prawdy, że potem następuje coś takiego, że się architektowi śni, że człowiek swoimi emocjami, duchowością, nawet biologią zostaje podporządkowany takiej wizji. Można powiedzieć, że on jej nie „wymyślił”, ale raczej „odkrył” czy też zobaczył jako coś, co w danym miejscu jest jedyne, absolutnie konieczne – mówi architekt Marian Fikus w rozmowie z Pawłem Pięciakiem.


 

– Jest Pan znany jako autor dużych założeń urbanistycznych oraz obiektów projektowanych na potrzeby szkół wyższych. Ostatnio zaprojektował Pan znakomity budynek w nowym kampusie Politechniki Poznańskiej. Czy to jest Pana specjalność?

– Specjalizacja to jest niebezpieczne słowo. Wright powiedział kiedyś, że nie ma dla niego znaczenia, czy projektuje katedrę czy szalet. Zestawienie jest prowokujące, ale cytat chyba autentyczny. A moje zainteresowanie szkołami? Nie było takiego. Pierwszy mocny sygnał mojego istnienia jako architekta to był – teatr. Teatr pantomimy na VII Biennale Sztuki Współczesnej w São Paolo, gdzie Polacy zdobyli trzy złote medale: w plakacie Tomaszewski, w architekturze przemysłowej młodzi architekci z Warszawy i w architekturze teatru ja. I tak się złożyło, że później, rywalizując w konkursach, zrobiłem jedną czy drugą szkołę – to znaczy narysowałem, bo w wiadomych czasach głównie rysowaliśmy do szuflady. Ale samo ćwiczenie było znakomite. I potem nagle trafiliśmy (pracowaliśmy wtedy w spółce autorskiej Fikus – Godlewski – Gurawski) na… poznański racjonalizm. Bo po wygranym dużym konkursie przyjechał do Opola główny architekt miasta Poznania i powiedział: „Proszę pakować manatki, jedziemy”.

 

 

– To był konkurs na kampus Uniwersytetu Adama Mickiewicza?

– Nawet więcej – kampus „Socjalistycznego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza”. Naprawdę tak się nazywał. Niezależnie od tego „socjalistycznego” dodatku kampus powstał i chyba nadal jest czymś niezwykłym w Polsce, bo został zaprojektowany w cudownym krajobrazie polodowcowym nad Różanym Strumieniem, który udało się zachować, mimo że głębokie wykopy zawsze są zagrożeniem dla strumieni, a my musieliśmy uzbroić teren. Ten kampus jest przekrojem przez architekturę ostatniego trzydziestolecia, bo pierwszy budynek to modernizm wczesnych lat siedemdziesiątych w dosyć surowym materiale, z detalem pracowicie rysowanym na deskach kreślarskich. Potem kolejni architekci brali udział w tym przedsięwzięciu. Proszę zobaczyć… 1974 rok, a 2004 już minął, czyli mamy 32 lata realizacji kampusu…

 

– W wygranym projekcie zakreślił Pan zrąb całego kampusu, określił przyszłe wydarzenia i jako architekt brał udział w niektórych realizacjach. Jest Pan w całości zadowolony z tego, co się udało dotychczas zrobić?

– Zaobserwowałem ciekawy proces. Bardzo pouczający. Kampus stracił, jeśli chodzi o wiązadła urbanistyczne, główny kościec kompozycyjny. Żałuję, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że to jest symptom szerszego procesu, nad którym jako architekci już niestety nie panujemy. Otóż takie bardzo mocne, silnie sformalizowane założenia urbanistyczne, które na dodatek mają być realizowane przez dłuższy czas, były możliwe chyba tylko za czasów cesarskich (śmiech). W demokracji się nie udają. Axel Schultes pod koniec swojego bogatego życia zawodowego w kapitalnym wykładzie mówił: „Jesteśmy w stanie robić najwyżej fragmenty – nie zrobimy całości” i to widać w naszym uniwersytecie. Piękne założenie z silnym „wiązaczem” w środku, zwanym „esplanadą uniwersytecką”, mogło zaistnieć i wspaniale funkcjonować. A skończyło się na tym, że mamy kilka dobrych, niepowiązanych w przestrzeni kompleksów architektonicznych. Kolejne ekipy rektorskie mają po prostu swoje plany. To, co mówię, nie jest krytyką demokracji. U użytkowników występuje nieprawdopodobnie silna potrzeba… wręcz jakaś tęsknota, która nie zważa na założenia urbanistyczne i wymusza zamianę stref przeznaczonych dla ruchu pieszego na przestrzeń dla samochodów.

 

Aksonometria Centrum Wykładowego Politechniki Poznańskiej
Aksonometria Centrum Wykładowego Politechniki Poznańskiej

– Zarówno Pana kampus Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu jak i Pana kampus 600-lecia Odnowienia Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie oparte są na pomyśle wyprowadzenia wyższej uczelni poza miasto. Pan nie miał na to wpływu, ale czy zgadza się Pan z samą ideą? Czy to się nie skończy katastrofą dla miasta?

– Bardzo ciekawy problem, ale nie dam jednoznacznej odpowiedzi. Stare miasta umieszczały uniwersytety w centrum, ale my mówimy dzisiaj o społeczeństwie wiedzy, gdzie wiedza jest najważniejszym kapitałem, a nie złoto czy ropa. Nowoczesne społeczeństwo powinno mieć 20, 30 procent ludzi wykształconych, to bardzo dużo. Uczelnie potrzebują nowych terenów. Ten kurs może najlepiej widać w Stanach Zjednoczonych, od kiedy się zorientowały, że tędy prowadzi droga do pierwszego miejsca na świecie. Miasteczka uniwersyteckie, niezależne, spełniają tam swoje funkcje, natomiast miasto traci, niewątpliwie, chyba że istnieją jakieś znakomite „wiązacze”. Architekt jest ostatnim szczeblem procesu decyzyjnego w przestrzeni. Wcześniej są politycy, planiści, inwestorzy. Szczęśliwie zdarzyło mi się, że miałem osobisty wpływ na lokalizację, prowadząc prace projektowo-badawcze związane z ideą rozwoju Politechniki Poznańskiej. One się pięknie zakończyły w 2004 roku porozumieniem JM Rektora i Prezydenta Miasta i wyznaczeniem głównego projektanta planu zagospodarowania przestrzennego kampusu. Będzie to autonomiczna jednostka, znakomicie zlokalizowana, vis-à-vis historycznego centrum i Ostrowa Tumskiego, tworzące łącznie jądro miasta, spiętego rzeką. Mówiąc o rzece, można powiedzieć, że „dzieli” albo że „łączy”. Ja wolę powiedzieć, że łączy, nic tak nie łączy struktur zurbanizowanych jak lustro wody.

 

– Zaprojektował Pan i już zrealizował pierwszy budynek nowego kampusu. Co jest najważniejsze w nowym Centrum Wykładowym i Bibliotece Politechniki Poznańskiej?

– Budynek ma dwieście metrów na sto, to jest dużo, dwa stadiony piłkarskie połączone ze sobą. Ciekawa rzecz, miejsce lokalizacji znałem bardzo dobrze jako użytkownik miasta. I nagle zupełnie inaczej jest, wie pan, gdy staje się w tym samym punkcie, w którym tyle razy się stało, ale jako architekt-projektant. Poszedłem na tę działkę, stanąłem… i wszystko dla mnie stało się jasne. Wyraziste. Zobaczyłem obraz przestrzenny gmachu, który tam powinien stanąć. Jest w tym dużo prawdy, że potem następuje coś takiego, że się architektowi śni, że człowiek swoimi emocjami, duchowością, nawet biologią zostaje podporządkowany takiej wizji. Można powiedzieć, że on jej nie „wymyślił”, ale raczej „odkrył” czy też zobaczył jako coś, co w danym miejscu jest jedyne, absolutnie konieczne.

 

– Mówi Pan prawie po platońsku – że architekt nic nie wymyśla, nie czerpie z własnej indywidualnej, subiektywnej wyobraźni, a jedynie odkrywa to, co istnieje poza nim i jest pierwotne, wcześniejsze i konieczne. Tak można to rozumieć?

– Jest to pewna filozofia uprawiania architektury, która w moim przypadku wyrosła w ciągu czterdziestu lat uprawiania zawodu na bardzo szerokim polu, od dużej urbanistyki po detal. My to nazywamy architekturą miejsca. Mówi to wielu architektów, że są chwile, gdzie może to być rodzajem objawienia. Myślę, że dla takich sytuacji nie jesteśmy w stanie wypracować precyzyjnych reguł opartych na przykład na matematyce czy geometrii. Są to raczej kwestie filozoficzne, artystyczne i nie da się ich do końca skatalogować. Tak jak sztuki, bo architektura przede wszystkim jest sztuką.

 

– W jaki sposób usytuował Pan budynek w mieście?

– Muszę wrócić do tego majowego dnia, gdy stanąłem w środku działki nad Wartą. Przede mną panorama Poznania, w tym miejscu bardzo wyrazista. Trzy superdominanty. Po prawej ręce katedra archidiecezjalna na Ostrowie Tumskim. Na wprost ratusz zbudowany przez naszego kolegę, architekta z XVI wieku, Janka Baptystę Quadro, jak mawiamy żartobliwie. Po lewej klasztor i kościół Bernardynów z dwiema barokowymi wieżycami. I natychmiast stało się dla mnie jasne, że z tego miejsca muszą wyjść trzy promienie skierowane do tych trzech dominant, które są też symbolami tysiąca lat Poznania. Promienie łączące przeszłość z teraźniejszością i przyszłością. W ten sposób powstał rysunek, który był publikowany w wielu czasopismach. Do pracowni architektonicznej należało już tylko sprawdzenie, obliczenie tego, co ma powstać. Promienie przyjęły formę trzech pasaży, które stały się głównymi wewnętrznymi osiami budynku. I to było warte grzechu, tak zaprojektować budynek, żeby z każdego pomieszczenia człowiek wychodził na jeden z tych trzech pasaży i miał przed sobą w oddali katedrę, ratusz albo kościół.

 

– W budynku udało się Panu zaprojektować bardzo dużo powierzchni wspólnych, które są, jak to się pięknie teraz mówi – „bezużyteczne”. To jest chyba szerszy problem, że inwestorzy w swoim rozumieniu architektury starają się wycisnąć dosłownie wszystko z każdego metra kwadratowego. Wygrał Pan?

Galeria widokowa na Stare Miasto Centrum Wykładowego Politechniki Poznańskiej
Galeria widokowa na Stare Miasto Centrum Wykładowego Politechniki Poznańskiej

– Pasaże zostały jeszcze uzupełnione nadwarciańską galerią widokową z kawiarniami i tarasami. Nikt nie próbował podważać mojej fanaberii. Nikt nie mówił, że „architekt nadużył swoich praw”. Mamy w tym centrum duże, bo pasaże są szerokie, powierzchnie niewykorzystane stricte użytkowo. I przez moment nawet koledzy, którzy kontrolowali projekt ze strony władz rektorskich, liczyli i dawali mi dane matematyczne do zinterpretowania i wytłumaczenia się, dlaczego jest tak dużo powierzchni wspólnych, po prostu komunikacyjnych. I nikt z kolegów nie odrzucił mojej argumentacji. Zawsze potrafiłem znaleźć argumenty, żeby uzasadnić to, co kiedyś najlepiej wyraził Kenzo Tange: „Moi profesorowie mówili mi, że najważniejszy jest pokój, a ja teraz wiem, że najważniejszy jest korytarz”. To samo można powiedzieć o domu i ulicy. Oczywiście że ulica jest ważniejsza, domy się wymienia, ulica trwa wieki, a nawet tysiąclecia. Te pasaże, gdzie się wszyscy spotykamy, mają absolutnie charakter wzbogacający. Po oddaniu budynku dostałem potwierdzenie ze strony studentów, że tak właśnie jest. To są miejsca wymiany ludzi i myśli. Edukacji i życia, kto wie czy nie bogatszego niż w salach, w tych godzinach wykładów i ćwiczeń, w czasie „spektakli” ściśle ograniczonych i zamkniętych. Wartości tych wspólnych przestrzeni nie da się przecenić.

 

– Czy ryzykował Pan pozostawiając w budynku tak dużo odsłoniętego betonu?

– Mieliśmy trochę kłopotów wykonawczych. Jestem zadowolony ze słupów, one rzeczywiście wyszły dobrze, za wyjątkiem łączeń. Tam gdzie nie dało się zrobić całego słupa, były robione łączenia i wykonawca nie opanował do końca tej technologii. Ślady łączeń były może zbyt ostre i stosowaliśmy sztuczne zabiegi, jak podszlifowywanie. Doklejek raczej nie było. W pasażu „Katedra” i w salach wykładowych zostawiliśmy olbrzymie betonowe powierzchnie ścian i one cieszą. Tylko niektóre ściany musiały być przykryte ze względów akustycznych, ale prosiliśmy akustyka, aby, jeżeli to tylko jest możliwe, nie zasłaniał betonów, chronił betony. I tu miałem ciekawe doświadczenie. Wiadomo, jak wygląda budowa: wszystko w ruchu, rusztowania, szalunki, stemple, betony rozszalowane – pozory chaosu, dysharmonia. Jest to struktura, którą oczywiście rozumiemy i ona cieszy, ale nie daje wyobrażenia o efekcie końcowym. I na tym etapie nie byłem zadowolony z betonów, które wydawały mi się zbyt chropowate. Później doszły posadzki, sufity, wykładziny akustyczne, ścianki gipsowe. Są to wszystko elementy gładkie i czyste. Potem dochodzi szkło i ślusarka, i to są elementy prawie świecące. Wtedy surowe betony nabrały zupełnie nowej wartości. Ciekawe, że początkowo nie widziałem tego fajnego zestawienia materii zupełnie surowej z szalunku i współczesnych materiałów wykończeniowych. Czyli można sto razy coś sobie opowiedzieć, a nawet narysować, a potem i tak człowiek musi to zobaczyć i dotknąć, i ten fakt staje się doświadczeniem przesądzającym.

 

– Kusiło Pana, żeby pomalować ściany?

– Przyznam się, że miałem pewien plan. W głównym pasażu „Katedra” pomiędzy wejściami są duże płaszczyzny betonowe. Pomyślałem, że powinny pojawić się tam prace wybitnego malarza. Chciałem, żeby podjął się tego Andrzej Okińczyc. Gdy Andrzej Okińczyc zobaczył miejsce, powiedział – nigdy! Uznał, że już mam malarstwo, czyli betony. Jeżeli to mówi mistrz pędzla, to trudno coś więcej dodać od siebie. Pojawił się za to problem związany ze specjalnymi transparentnymi farbami do betonu. Okazuje się, że one „podrasowują” beton w tym sensie, że wszystko to, co jest tym malarstwem, staje się malarstwem razy dwa. Bardzo wyraziście. I na to się nie zdecydowałem, a technolodzy i producenci do tej pory nie zaproponowali takiej farby, która by mnie zadowoliła i nie wzbogacała tego betonowego „malarstwa”. Robiliśmy też próby z farbą z minimalną domieszką kryjącą. I tu może zadziałało moje przewrażliwienie, ale wydawało mi się, że czuję farbę na betonie. I to już mi się nie spodobało. Ściszona, malarska gama naturalnego betonu bardzo mi odpowiada. Chyba także oglądającym i oceniającym, gdyż obiekt i autor zostali wyróżnieni Nagrodą I st. PZiTB (tzw. Oskar Budowlany) za najlepszą realizację w roku 2004, Nagrodą Prezydenta Miasta Poznania im. Jana Baptysty Quadro za najpiękniejszy budynek zrealizowany w Poznaniu w roku 2004, Nagrodą I st. Ministra Budownictwa i Transportu za wybitne osiągnięcia twórcze w dziedzinie architektury i budownictwa.

 

– Dziękuję za rozmowę.

Paweł Pięciak


Życiorys

Architekt Marian Fikus jest autorem około 1000 projektów oraz kilkuset realizacji od detalu i małej architektury do zespołów architektoniczno-urbanistycznych. Zdobył 87 nagród i wyróżnień w konkursach urbanistycznych i architektonicznych. Za obiekty zrealizowane zdobył 14 nagród i wyróżnień miejskich, wojewódzkich i resortowych. Jest autorem dwóch książek i około 100 publikacji. Brał udział w kilkudziesięciu wystawach.

Marian Fikus ukończył Wydział Architektury Politechniki Wrocławskiej (1963), doktorat (1991), habilitacja (1992). Od 1995 roku jest profesorem w Politechnice Poznańskiej. W latach 1969-1982 pracował w zespole autorskim z Jerzym Gurawskim. Od 1988 roku prowadzi własną działalność projektową w Studio Fikus. Ważniejsze realizacje: osiedle Malinka w Opolu (1970-74); kompleks Wydziału Fizyki i Akustyki Uniwersytetu im. A. Mickiewicza w Poznaniu na Morasku, wspólnie z Jerzym Gurawskim (1976-92); dom podmiejski w Prowansji; osiedle uniwersyteckie Różany Potok w Poznaniu-Morasku (1988-2002); Kampus 600-lecia Odnowienia Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie – I etap (1999-2003); Centrum Wykładowe, Centrum Kultury Studenckiej i Biblioteka Politechniki Poznańskiej w kampusie Warta (2005).

 

 

 

 


Galeria Zdjęć