Aktualności / Drugie życie Koszyków

Drugie życie Koszyków

Skazana na zagładę ponadstuletnia hala targowa przy ulicy Koszykowej niespodziewanie odrodziła się i w pięknym stylu wraca na mapę Warszawy. W jej zmartwychwstaniu beton odegrał nieprzeciętną rolę.

 

Cofamy się na chwilę do przełomu XIX i XX wieku. To epoka pary i elektryczności, optymistyczny czas, gdy ludzie wierzą w nieustający postęp i dobrodziejstwa płynące z rozwoju techniki. Wtedy budowa dużej hali targowej świadczyła o metropolitarnych aspiracjach europejskiego miasta. Nie mniej niż stalowo-betonowe hale dworców kolejowych albo fabryki wypełnione maszynami parowymi. W czasach belle époque przy wielkich budowach korzysta się z pojawiających się niemal z dnia na dzień nowinek inżynierskich i łączy je harmonijnie z zachwycającą architekturą. Technologia i piękno zlewają się w jedno. Towarzyszy temu powszechna wiara w zbawienną moc techniki i pokojowe współistnienie narodów, zapewnione jakoby po wsze czasy dzięki postępowi i osiągnięciom nauki.

null


Ciekawie by było okiem ówczesnego wojażera zwiedzić dopiero co zbudowaną halę Koszyki w południowej części gwałtownie rozwijającego się śródmieścia Warszawy. Mamy rok 1909 i chodzimy po hali, myśląc nie tylko o czysto użytkowych walorach budowli przeznaczonej do tak przyziemnej czynności jak handel, ale o ambicjach miasta i jego mieszkańców. Oto stalowa konstrukcja w formie bazyliki (środkowa nawa wysoka, dwie boczne niższe) daje kupcom komfort prowadzenia interesów pod dachem, a klientom możliwość zrobienia wszystkich zakupów w jednym miejscu. Wnętrze jest dobrze doświetlone dzięki przeszklonej konstrukcji oraz – nowość! – oświetleniu elektrycznemu. Na stoiskach i w boksach, starannie opracowanych ręką architekta, mamy – nowość! – bieżącą wodę. Ceramiczne ściany i posadzki w hali łatwo się myje, więc pozwalają zachować czystość i standardy higieniczne. I wreszcie hit – piwnice, gdzie stoją elektryczne chłodnie na łatwo psujące się mięso i ryby, które jeszcze niedawno przechowywano w lodzie i trocinach. Bo zapach tamtego miasta to także zapach psującego się mięsa, odpadów i ścieków. W hali na Koszykach będzie inaczej, również dlatego, że miasto przewiduje częste kontrole sanitarne. Dostrzeganie problemów higienicznych to w ówczesnej cywilizacji ostatni krzyk mody, a jednocześnie ostatni moment na ratunek dla przegęszczonych europejskich metropolii. Warszawa z początkiem wieku dobijała do miliona mieszkańców.

null

Hala, zbudowana kosztem 396 tys. rubli, zaprojektowana przez architekta Juliusza Dzierżanowskiego, to nie tylko technika i higiena, ale też piękno i symbolika. W świątyni handlu mamy więc dwa budynki bramne opracowane podług reguł modnej wówczas secesji. Z fasad spoglądają płaskorzeźby syrenki (znak, że hala jest własnością miasta), zdobienia roślinne, kaduceusze, łby wołów (znak, że w hali sprzedaje się mięso). Trafimy na ceramikę ścienną, ryflowane kafle w typowych dla Warszawy kolorach piasku i pomarańczy, tynk kamienny, kute balustrady, półokrągłe okna termalne i mechaniczne systemy pozwalające otwierać okna z poziomu parteru, betonowe nadproża, kręte stalowe schody w budynku zajmowanym przez dyrektora. Były napisy – reklamy malowane prosto na tynku. Nad głową piętrzy się kilkupiętrowa stalowa konstrukcja, mury z cegły, dużo przeszkleń i betonowe detale. Do tego staranna robota kamieniarzy. To niektóre ze spraw, które fascynują nas w ówczesnym budowaniu: niebywała wprost różnorodność materiałów, od betonu po stal, od tynków po ceramikę, od drewna po ręcznie formowaną (bo innej nie było) cegłę; a wszystko poddane rękom rzemieślników, którzy nawet ze zwykłych zdobień w dzielnicowej hali targowej przy ulicy Koszykowej tworzą małe działa sztuki. Cieszą oko zróżnicowane faktury tych materiałów. Nawet nity w słupach i dźwigarach, rzecz czysto technologiczna, robią wrażenie przez rytm i to, że każdy jest minimalnie inny od kolejnego.

null

Nic dwa razy się nie zdarza, a jednak bardzo podobny spacer, sto lat później i w innych realiach historycznych, możemy odbyć dzięki unikalnej inwestycji, która zakończyła się jesienią 2016 i jest pierwszą tego typu w Polsce po 1989 roku. Oto bowiem (znów na chwilę musimy się cofnąć w czasie) hali Koszyki nie oszczędziła historia. Z drugiej wojny światowej, tak jak większość Warszawy, wyszła spalona i zrujnowana. Odbudowano ją na szybko metodą gospodarczą, na tyle tylko, by załatać szkody wojenne; odbudowywano, nie dbając, co zrozumiałe w powojennych realiach, o historyczną wierność czy detale. Hala miała funkcjonować, tylko i aż tyle, jako uspołeczniony bazar ludowy pod dachem. Taką rolę, w różnych odsłonach, pełniła od 1949 roku aż do końca PRL. Ani razu nie przeprowadzono generalnego remontu hali i kolejne dziesięciolecia przybliżały ją do śmierci technicznej. Ostatni akord jej losów to rok 2006, gdy nowy właściciel, a niedoszły inwestor, rozebrał konstrukcję, pozostawiając goły plac, dwa murowane budynki bramne jako cudem ocalałe ostańce, i nie najlepsze wspomnienie po sobie.

null

Teren po hali został kupiony przez kolejną firmę (Griffin Real Estate). Czy to, co się stało później, zawdzięczamy kalkulacji finansowej czy rodzącej się sympatii inwestora do warszawskiego zabytku… dość, że firma wielkim nakładem sił i środków wskrzesiła halę jako budynek. Uczciwie, w gabarytach i kształcie, jakie miała przed rozbiórką. Absolutnie nie jest to rekonstrukcja 1:1 według dokumentów z epoki, bo plany i dokumenty się nie zachowały, a dziesięciolecia degradacji pozbawiły zabytek istotnych cech. Dysponujemy tylko jedną pocztówkową fotografią z czasów, gdy budynek powstał. Uczciwie, znaczy z zachowaniem całej oryginalnej konstrukcji – kratownic, słupów, belek, cegieł czy kafli – która ocalała z rozbiórki i była zmagazynowana w Wiązownie pod Warszawą. Przykładowo, sto procent cegły użytej przy budowie nowej hali to cegła rozbiórkowa. Wykorzystano wszystkie elementy, które po odczyszczeniu i zakonserwowaniu dało się wbudować w konstrukcję. Natomiast ściany, słupy, nadproża czy cokoły zostały wylane w betonie – zwykłym szalunkowym, nie architektonicznym.

null

Dziś Koszyki, jak przed stu laty, służą warszawiakom, choć ich funkcja się zmieniła. Z bazaru spożywczego przeistoczyły się w pełne knajpek miejsce wpisujące się w modny w tej chwili „przemysł spędzania wolnego czasu”. Tyle o hali i o przeszłości. Równocześnie bowiem wyrosły trzy budynki biurowe – i tu beton wychodzi na pierwszy plan. Dwa budynki od Koszykowej flankują halę z lewej i prawej, zlicowane z linią zabudowy ulicy. Trzeci stoi za halą, głęboko w tyle, oparty o tył domu przy ulicy Noakowskiego. Jak wyglądała sytuacja wyjściowa? Budowanie nowego w gęstym Śródmieściu to mierzenie się choćby z taką ciekawostką: przylegające kamienice pochodzące z lat około 1900., mają po pięć, sześć, nawet siedem kondygnacji. To skala wielkomiejska, prawdziwie paryska czy budapesztańska. Ich wysokość jest porównywalna z ośmio- a nawet dziewięciokondygnacyjnym wolno stojącym blokiem mieszkalnym z okresu PRL, bo w kamienicach piętra były wyższe. Jednocześnie ich fundamenty… sięgają nie więcej jak metr w głąb gruntu. Tak wówczas stawiano domy. Stąd uwaga jednego z inżynierów, że dziś, podczas prowadzenia prac budowlanych, sąsiednie „stare kamienice mogą tańczyć”. Dlatego na Koszykach wykonano, kratownicowym układem ściągów i belek, solidne wzmocnienia konstrukcyjne przyległych domów. Potem wykonano dwukondygnacyjny wykop metodą podstropową, a całość wykopu otaczano ścianą szczelinową – nie zbliżając się bezpośrednio do ostrej granicy zabudowy i monitorując sytuację. Ściana szczelinowa sięgnęła 15 m w głąb ziemi. W efekcie na dwóch kondygnacjach podziemnych stanęła cała inwestycja: i rekonstruowana hala, i budynki biurowe.

null

W biurowcach na Koszykach interesuje nas motyw, który stał się jednym ze znaków rozpoznawczych architektury JEMS-ów. Mowa o pięknych, przestrzennych, harmonijnych i eleganckich fasadach z betonu architektonicznego. Wydawało się, że trzy – naprawdę duże! – kubatury wprowadzone w zwartą tkankę Śródmieścia muszą przygnieść sąsiadów. Jednak nie. Biurowce nie są konkurencją ani dla starych kamienic, ani dla starej-nowej hali. Zawdzięczają to m.in. rytmicznym, stonowanym betonowym elewacjom, ułożonym z głęboko piaskowanych prefabrykatów, zbrojonych rozproszonymi włóknami. Prefabrykaty te zostały przytwierdzone autorską metodą, na konsolach ze stali nierdzewnej, do żelbetowej konstrukcji nośnej. Każdy ważył od 400 do 1300 kg.

null

Koszyki idą podobną drogą, która już dwukrotnie została doceniona w konkursie „Polski Cement w Architekturze”. Metoda projektowania nowego na styku ze starym została przez JEMS-ów przemyślana teoretycznie i jest przez nich określana jako „naturalna kontynuacja”. Dla zwolenników betonu w architekturze przestrzenne elewacje będą – widoczną gołym okiem – ważną częścią tej metody. Mówił o tym w wywiadzie architekt Maciej Miłobędzki (BTA 4/2016). Budynki projektowane w taki sposób przez JEMS były nagradzane w konkursie organizowanym przez SPC w roku 2015 (główna nagroda XVIII edycji za rozbudowę Biblioteki Raczyńskich w Poznaniu – BTA 2/2015) i w roku 2016 (wyróżnienie w XIX konkursie za rozbudowę Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie – BTA 4/2016).

Paweł Pięciak

null

Galeria Zdjęć